ROZDZIAŁ X NIE MA JAK NA WSI

Dodano 9 listopada 2013, w Bez kategorii, przez Asia

ROZDZIAŁ X
NIE MA, JAK NA WSI

Wreszcie siedzę w autobusie z nosem przylepionym do szyby i nie mogę się doczekać,
kiedy znów zobaczę moją ukochaną babcię Tereskę.
Idziemu z przystanku całą czwórką w letni poranek, objuczeni sporą ilością bagaży.
Leon nie przestaje opowiadać nam historii ze swego dzieciństwa.
Jest ich tak wiele, że pewnie nie skończy ich
i jeszcze w domu babci będzie je kontynuował.
Marta śmieje się tak, jak by je słyszała po raz pierwszy.
Docieramy do lasu.
Wtedy to, zresztą jak zwykle, Leon wpada na genialny pomysł:
- Pobawimy się w podchody. Wraz z waszą mamą ucieknę do przodu,
zostawiając wam w liście wskazówki, co macie robić.
Tymczasem Dagmara czyta i dowodzi.
Koniec zabawy nastąpi w domu babci, przy ciepłym drożdżowcu.
- Co będzie, jak zabłądzimy?- Pytam trochę przerażona.
Traktują nas, niczym Jasia i Małgosię – idźcie w las i nie wracać mi tu, ani raz!
- Oko taty patrzy- Leona bawi moja przerażona mina, a mi tymczasem nie do śmiechu.
Spoglądam na nich ponownie. Zastanawiam się, czy czasem czegoś nie knują?
Pierwszy list znajdujemy pod pieńkiem:

-Co to znaczy? – Jacuś stał się niezwykle spostrzegawczy.
- To skrót: Wielka Nierozłączna Miłość- Tłumaczę bratu.
Chyba nie ma dość, bo czeka na więcej…
- Jak nierozłączna?
- Podobno nie umieją bez siebie żyć. Jacuś, kiedyś też tak ci się przydarzy – zobaczysz.
- A tobie nie?
- Przecież idę do zakonu, to chyba raczej nie!
Dochodzimy do lasu. Strzałki wskazują drogę w jego głąb.
Idąc za nimi docieramy pięknej zielonej polany.
- Jak sądzisz daleko są przed nami?
- Raczej nie. Wygląda na to, że nie odstępują nas na krok.
Jacuś nasi rodzice cierpią na syndrom ”nadopiekuńczości”.
Z pewnością buszują w pobliskich krzakach nie spuszczając nas z oczu.
Dobra, koniec tego gadania, pędzimy na mokradła!
Na hasło rzucone przeze mnie rozpoczęliśmy trucht.
Mijaliśmy kolejne drzewa, krzaki, aż wreszcie docieramy na miejsce.
Wokół płytkiej wody powiewają długie trzciny, sąsiadujące z drewnianym mostkiem.
- Tato powiedział, że w okolicy mostka będzie znajdował się list.
Podbiegamy do niego, ale długo nie możemy znaleźć kolejnej wiadomości.
Sprytny Leon nakrył go brązową korą.
- Mam Dagmara, znalazłem!- Malec darł się tak głośno,
że przestraszył swoim krzykiem przelatujące właśnie ptaki.
- Smrodzie ciszej, jesteśmy w lesie!
- Co piszą?
- Czytać to mógłbyś się już nauczyć?
- Obrzydliwość!!!!
- Nie marudź Daga, tylko kop…
-Widzisz gdzieś wędki?
- Nie –
- Może się byś rozejrzał mały!
Spojrzałam na Smroda.
Odszedł, a przed moim nosem skakała obrzydliwa i duża ropucha,
na dodatek była ona cała brązowa- okropna!
Nie czekałam długo, chwytam ją w reklamówkę i czekam.
W końcu przyszedł ten rodzinny anioł, usiadł grzecznie,
a ja mu hyc -ropuchę za koszulę.
- Daaaaaga, uduszę cię!
- Nie dasz rady!
- Ona jest strasznie zimna i wilgotna fuj!
Podeszłam, aby mu pomóc wyjąć to świństwo.
Żaba z radością odskoczyła od Jacka wprost w pobliskie trzciny.
- Kiedy ty się ostatni raz myłeś?
- Jak, kiedy?
- Moja Aga odskoczyła od ciebie z takim obrzydzeniem,
jakbyś całymi miesiącami się nie mył!
- Twoja Aga?
- Tak dałam jej na imię!
- Właśnie cię opuściła i nie była to Aga, bo widziałem jak kumkała do uch taj zielonej!
- Co to ma do rzeczy?
- Jak to, nie pamiętasz -Leon nam opowiadał, że kumkają tylko i wyłącznie samce,
więc Aga to nie Aga tylko Augusto!
- Też imię wymyśliłeś?
- Lepsze takie, niż żeńskie!
- Rozgadałeś się Jacuś a rosówek to już ja nałapałam.
Wiaderka wypełniły się robakami. Zamknęłam je od góry
i poszłam ze Smrodem po wieczko, aby je nakryć.
Wzięłam jeszcze wędki i podałam je Jacusiowi.
Był w tym o wiele lepszy ode mnie.
- Jacuś po strzałkach mamy znaleźć lisią norę, zrozumiałeś braciszku?
- Nie krzycz tak, bo głuchy nie jestem, a nory zacząłem już szukać.
Przeszliśmy razem spory kawałek i moje nogi nie chciały iść dalej.
Wypatrywałam pieńka.
- Jacek muszę usiąść- klapnęłam tyłkiem na twardy pieniek.
Byłam odwrócona plecami do Jacusia,
więc nie widziałam dokładnie, co on porabiał.
Jakaś niewidzialna siła kazała mi się odwrócić….

 

CDN…

Dodano 3 listopada 2013, w Bez kategorii, przez Asia

- Dagmala, ja nie chciałem … Ploszę spróbuj wyjść-
- Nie płacz, tylko wyłącz telewizor z prądu! – Teraz to mu już rozkazuję.
Jacuś, posłusznie wykonuje powierzone mu zadania.
- Teraz otwórz okno i zapukaj do pana Jurka.
- Okno jest zbyt wysoko …Nie dam rady …- Malec znowu płacze.
Słyszę, że klęka przed naszym rodzinnym obrazem Matki Boskiej.
- Jaculo, tak cię proszę ….Ostrożnie dosuń krzesło do okna i pukaj w okno pana Jurka!
On nam pomoże-
- … „Aniele Boży Stróżu mój Ty zawsze przy mnie stój …”
Jacuś, kochany brat, był przerażony.
Bałam się o kryształy Marty.
- Pomożesz mi Smrodzie?
- Już skończyłem. Anioł powiedział, że dam ladę! –
Słyszę, jak dosuwa krzesło do okna. Widzę go przez niewielką szparę w meblach rozłożonych na mnie. Dzięki tej wnęce nie zgniotło mnie na wiór!
- Otworzyłeś?
- Tak –
- Zejdź z krzesła-
- Tak-
- Podejdź, jak najbliżej do ściany sąsiada i pukaj w nią deseczką.
Słyszę odgłosy walenia i głos sąsiada.
- Co się dzieje dzieciaki?
- Meble spadły – Jacek nie wie jak poinformować sąsiada o tej tragedii.
Krzyczę więc do niego:
- Niech nas pan ratuje sąsiedzie!
Po chwili sprawny Jerzy jest już w naszym mieszkaniu.
- Dzieciaki, co się tutaj wydarzyło? Tajfun przeszedł? Czy coś gorszego się stało?
- Chyba coś gorszego!- Krzyczę.
- Dagmara, nic cię nie boli? Co ty tam robisz córcia? –
Jest roztrzęsiony, jak każdy facet w takiej chwili.
Zamiast podnieść ten segment, to on się i tutaj rozkleja. Zaraz zwariuję!
- Żyję, ale proszę niech pan podniesie delikatnie ten mebel!-
- Może najpierw zadzwonię po pogotowie?-
- Proszę, chcę stąd wreszcie wyjść! – Jestem bliska płaczu.
Gorszy od Jacusia. Ten to się przynajmniej za mnie modlił, a sąsiad tylko gada.
No widzę, że ochłonął. Powoli zbiera się do pracy.
- Dagmara trzymaj szklaną klapę. Na: Raz, dwa, trzy – delikatnie puszczaj.
Słyszę jak pluje w dłonie, niczym Gustlik z „Czterech Pancernych”.
- Raz, dwa … – Meble idą do góry. Na moim brzuchu pozostaje telewizor.
- Trzy- Puszczam szklane drzwi, a meble są już u góry.
Teraz patrzy na mnie, broda dziwnie mu się trzęsie…
- Dagmarka, jak dobrze dziecko, że nic ci się nie stało!-
Próbuję mu zaśpiewać:
„ Jak dobrze mieć sąsiada”, ale zamiast tego płaczę i rzucam mu się na szyję.
- Już nie płacz malutka, zadzwonimy po waszego tatę.
Podaj mi numer …- Zapłakana, stąpając boso po posadzce wdeptuję szkło.
Nawet nie czuję bólu, tylko ta krew.
Znowu ciemność… Otwieram oczy i jest nade mną i Jacuś i sąsiad.
- Co ci jest?- Pyta zdruzgotany sąsiad.
- Ona odlatuje na widok celwonego!-

Dopiero wtedy Jurek zauważa ślady krwi na posadzce.
- Zadzwonię na pogotowie-
- Nie, ja się skaleczyłam w nogę, nic mi nie jest.
Na lodówce jest numer do tatusia, niech pan po niego zadzwoni, proszę.
Jurek już po chwili, wybiera numer. Z daleka widzę, jak mu się ręce trzęsą.
Oh, ci mężczyźni….
Jacek siedzi nade mną. Sąsiad podaje nam klucz i wychodzi już drzwiami.
Po chwili przyjeżdża i sam Leon. Jak wszedł w drzwi, tak po sekundzie musiał usiąść….
- Powiedzcie mi proszę, że to nie wy.
To pewnie Ufo zabłądziło, wleciało do naszego pokoju i nieopatrznie prawym skrzydłem zahaczyło o nasz segment?
- Niestety nie tatusiu- próbuję go pocieszyć.
Patrzymy na niego błagalnie.
- A wy, nic wam nie jest?-
- Nie, ten mały ufoludek przywołał na pomoc sąsiada, który podniósł meble!-
-Skąd tu tyle krwi?
- Chyba się przecięłam
- Jak do tego doszło?
Jacuś z najdrobniejszymi szczegółami opowiedział o całym dniu
i o znalezionych kluczach. Leon złapał się za głowę i rozpoczął sprzątanie domu.
Próbowałam mu pomóc.
- Byłaś dzielna, nie zostawię was jeszcze długo samych w domu-
- Tato Jacek, był niesamowity.
Po godzinie, pokój wyglądał tak, jakby nic się nie stało,
oprócz zbitych kilku szklanek.
Marta weszła o szesnastej. Na stole czekał na nią podany przez trójkę obiad.
Ze zdziwieniem przecierała oczy.
- Czy coś wam się stało?-
- Kochamy cię mamo!
- Nie mam dzisiaj urodzin, imienin, nawet nie ma w kalendarzu dnia matki!
- Jest nam miło, że przyszłaś na obiad.
Do wieczora nie mówili jej nic.
Szykowali wieczorne przemówienie, jak zwykle wszystko przyśpieszyła…
- Widział ktoś mój ulubiony dzbanek, hej ubyło szklanek, czy są na zmywarce?
- Słuchaj kochana, usiądź na kanapie. Coś ci opowiem….
Czekaliśmy w drugim pokoju ……………
- Przyjdźcie do mnie- Marty ton z lekka mnie zaniepokoił.
Ruszamy na ścięcie… Marta wychodzi podchodzi do nas wtulając się całą sobą w nas:
- Moje kochane bąble-
Bąble, też coś, przecież ja jestem Dagmara Wieczko… i.
- Najważniejsze, że ten pierwszy dzień wakacji mamy już za sobą.

Otagowane:  

ROZDZIAŁ IX I MAMY WAKACJE

Dodano 30 października 2013, w Bez kategorii, przez Asia

ROZDZIAŁ IX
I MAMY WAKACJE…

Moje pierwsze wakacje. Szykuję się do wyjazdu na wieś do mojej babci.
Ruszamy tam z Jacusiem na całe dwa miesiące. Właściwie jestem już gotowa,
a tu Leon wprowadza nieoczekiwaną zmianę.
Nie dostał urlopu na ten tydzień, więc zostajemy w domu.
- Słuchaj Dagmaro, z ciebie to już całkiem duża kobietka, a Jacuś to chodzący spokój, czy jutro zostalibyście sami w domu?
- Całkiem sami? –Prawie skakałam z radości na tę wieść.
W życiu nie sądziłabym, że doczekam takiej chwili. Zupełnie sami w domu!
- Chyba się nie boisz sroczko? – Marta wyglądała na zaniepokojoną.
- Nie mamusiu-
- Śniadanko przygotuję wam w kuchni. Jacusia nie trzeba pilnować, on ma apetyt,
a ty otrzymujesz dyspensę na mleko!-
- Dys – co?-
- Odpust, nie musisz go pić, bo jeszcze za wcześnie uciekniesz do tego zakonu!-
- Hurra, wreszcie wakacje i odpust na mleko – kocham was! –
Z radości skakałam pod sam sufit. Jak chcą, to potrafią być naprawdę wspaniali!
Właśnie jestem najszczęśliwszą osobą na ziemi.
W taki oto sposób dobrnęliśmy do poranka, w którym to cieszyłam się swoim długim, bardzo długim leżeniem w łóżku.
Byłoby długie, gdyby nie Jacuś.
- Daguś ratuj, obudź się błagam!-
- Smrodzie, chcę pospać!
- Nie mozes- seplenił mały.
- Mogę, mogę ci to udowodnić – przewracam się twarzą do okna, a plecami do niego.
- Nie wyjdziemy stąd nigdy, rozumiesz, nigdy!
- Jak, nigdy – zrywam się na równe nogi. Mam przed sobą zapłakanego Jacusia i to jego: Nigdy!
- Co zrobiłeś, tylko nie płacz, bo nic nie rozumie!
- Zaklęciłem wstązecke na palcu, o tak – pokazuje typowy kołowrotek.
- I … coooooooo?-
-Klucz wpadł za segment!-
- O matko!
- Nie wyjdziemy?
- Nie-
Siedzę i myślę…… Co zrobić????
Spokojny Jacuś narobił mi niezłego bałaganu! Patrzę na ten segment….
We wnęce jest duży telewizor.
Tuż nad nim półka z kryształami i szkłami, którą zamykają szklane drzwi.
Delikatnie przesuwam – niby nie jest ciężki.
- Słuchaj smrodku …. Stań z tyłu i delikatnie przesuwaj w moim kierunku-
pokazuję mu, jak ma to zrobić. Sama trzymam dłonią telewizor i zastawę Marty.
Kurczaki, jak mi ciemno się zrobiło!
Matko, mam na brzuchu telewizor, a nad twarzą meble.
-Jacuś, co się stało – krzyczę do Smroda.
Mały nie odzywa się. Słyszę łkania i :
- „Zdrowaś Maryjo łaski pełna…”
- Jaculek, wyłącz z prądu telewizor – kurcze, jak tego nie zrobi to pozostanie:
„Wieczny odpoczynek..”
- Jacek, ja żyję! Wyłącz proszę !- To ja miałam być zakonnicą, a nie on księdzem.

cdn….

Otagowane:  

ROZDZIAŁ VIII BAL, TEN BAL

Dodano 26 października 2013, w Bez kategorii, przez Asia

ROZDZIAŁ VIII
BAL, TEN BAL…

Od dłuższego czasu awansowałam już do „Zerówki”.
Z dumą przekraczałam progi ostatniej grupy w przedszkolu. Czułam się tak dorosła!
Nie da się ukryć – byłyśmy tu najstarsze!
Chyba najmądrzejsze ……..
Co do mądrości, to w zerówce „zbijałam bąki”.
Wszystko przez to, iż wcześniej moją edukacją zainteresował się Leon.
Oczywiście zrobił to na potrzeby własne,
skazując mnie przy tym na totalną nudę podczas zajęć w zerówce.
Właśnie jemu zawdzięczałam fakt, iż czytałam od bardzo dawna.
Wszystko przez te jego psujące się oczy.
Nie mogłam go tak zostawić bez żadnej pomocy, okazałabym się niewdzięczną córą.
Stałam się jego oczami. Czytania uczył mnie z cierpliwością godną podziwu.
Nie ukrywam, że spodobały mi się jego artykuły i gazety. Sięgałam, więc po nie
bardzo często. Czytaliśmy o Arktyce, śniegu, białych misiach, fokach i wielorybach.
Obejrzałam świat, do którego nie miałam dostępu.
Chętnie pomagała, oczom Leona, bo każde słowo pisane, budziło moje zainteresowanie.
Skąd on brał te gazety? Przykładowo ten o rybach…. Taki łosoś jest nie do zdarcia.
Czerpie siły, właściwie nie wiadomo skąd?
Wszystko po to, aby powrócić z morza do miejsca,
w którym przyszedł na świat – czyli nad rzekę?
Podobno drogę poznaje po zapachu! No niesamowite!
I wszystko to znalazłam w gazetach Leona.
Ten jego słabnący wzrok to jednak dobra sprawa.
Nauczyłam się czytać w wieku czterech lat i czytam do dzisiaj.
Niekoniecznie są to teraz gazety Leona…
W jego przypadku nastąpiło cudowne uzdrowienie.
Obecnie nie rozstaję się z książką „Dzieci z Bullerbyn” Astrid Lindgren.
W tej szwedzkiej wiosce dzieciaki znajdują najróżniejsze sposoby na dobrą zabawę.
Jedną z takich zabaw, która najbardziej utkwiła mi w pamięci,
było przesyłanie informacji w pudełku od zapałek.
Taki nietypowy telefon. Bohaterka – Lisa, mieszkała wraz z braćmi w jednym domu.
Jej przyjaciółki w sąsiednim. Dziewczyny przerzuciły sznurek przez swoje okna
i zawiesiły na nim pudełko. Do pudełka tego wkładały listy. To był pomysł.
Od tamtej chwili pisałyśmy listy wraz z moją przyjaciółką zza ściany – Sylwią.
Sylwia nie chodziła do przedszkola, bo jej mama była w domu.
Miała mnóstwo czasu, bo do zerówki chodziła tylko na kilka godzin.
Czekała, aż wrócę ze swojej placówki i wtedy się rozkręcałyśmy…
Jej brat był starszy od nas, ale lubił te nasze pomysły.
Podejrzewam nawet, ze włączał swoje trzy grosze do naszej korespondencji.
Zabawa ze sznurkiem i listami trwała jakiś czas.
To, co dobre szybko się kończy…
Mama zawieszając pranie, niechcący zerwała połączenie między nami.
Leon nie miał czasu, aby nam pomóc. Przyniósł, więc z piwnicy dwa aparaty telefoniczne.
Jeden trafił do Sylwii, a drugi pozostał w moim mieszkaniu.
Od tamtej chwili wisiałyśmy na „kablu”, bez przerwy.
Trudno nam nawet było wyjść z domu.
Przestałyśmy go po prostu opuszczać. Zresztą, po co?
Tutaj miałam swoją książkę, kabel, a na jego końcu przyjaciółkę. Wszystko pod ręką.
Po za te potrzeby nie wychodziłam przez okrągły miesiąc.
- One są uzależnione od rozmów!- Grzmiał Leon.
Zupełnie zapominając, że kobiety potrzebują, czasami tak sobie pogadać.
- Marta, z tym trzeba coś zrobić!- Nawoływał do rozsądku mojej matki.
Słuchała nawoływań taty i czekała.
Z Sylwią przestałyśmy już dawno wychodzić z domu, bo i po co?
Miałyśmy telefon, ciepłe łóżko i nasze rozmowy!
Ostatecznie, Leon postanowił przeprowadzić terapię.
Wiosennego poranka wparował do mojej rozgadanej sąsiadki
i zabrał stamtąd aparat telefoniczny. Zresztą, to samo zrobił z moim.
Obydwa trafiły do piwnicy. Leon desperat po chwili wpadł do piwnicy,
aby wyprowadzić z niej aż trzy rowery. Trzy – po co te trzy kołowce?
Pewnie długo jeszcze bym nad tym myślała, ale Leon postanowił ograniczyć mój czas na myślenie. Działał szybko, zbyt szybko. Przestawałam, ba nawet nie próbowałam tego objąć w swoim sześcioletnim umyśle. Niczym robot wypełniałam jego polecenia, bo przyznać muszę, trochę bałam się protestować.
Zarządził, ze mamy zejść na dół, a my grzecznie tam na niego czekałyśmy..
Rower – też pomysł, ale kto mu o tym powie, kto się sprzeciwi!
Nawet nie wiedziałam, kiedy i w którym momencie,
mój ojciec spakował namiot, wędki i siedzenie Jacka?
Ba nawet nie pominął rozmowy z Sylwii mamą,
z którą się przyjaźnili się od dnia zamieszkania. Na dodatek, jakby tego wszystkiego było naprawdę mało, to jeszcze trafił w pogodę, albo i był z nią umówiony,
bo ostatnio to po moim Leonie można spodziewać się wszystkiego!
Dawno nie widziałam tak słonecznej soboty.
Zresztą, przecież na dworze to nie byłam wieki całe…
Leon rozpoczął zabawę. Z podręcznej torby wyjął ogromną i bardzo starą, na co wskazywały przetarte zgięcia, mapę.
Rozłożył ją na trawie i wpatrywał się w nią bardzo długo…
W końcu jego myśli odnalazły się i Leon przywołał nas zgiętym palcem wskazującym – przed swoje oblicze. Pokazał nam cel rajdu -Kazimierz Biskupi i okoliczne jezioro.
Zostawił nas z mapą. Miałyśmy zaznaczyć trasę.
Wywołał tym niezłe zamieszanie, między naszą trójką, bo każde z nas miało zupełnie odrębną wizję. Tego to już mój tatulo nie potrafił zdzierżyć. Zielonym flamastrem wymalował linię i rzekł:
- Ruszamy gaduły!
Miałyśmy przed sobą sporo kilometrów do pokonania.
Leon znał leśny szlak, bałyśmy się jednego – że nie damy rady!
Pierwszą rozrywką, jaką przewidział dla nas, były obserwatoria. Zaczynał się właśnie maj.
Wszędzie roznosił się zapach wiosny. Zwierzęta z zaciekawieniem przemykały po lesie.
Rude wiewiórki przeskakiwały z drzewa na drzewo.
Z rozdziawioną buzią patrzyłam, czy nie spadną na dół, najlepiej tuż pod moje nogi.
Na odgłos kukułki, chowały się przestraszone do swoich dziupli.
- Odliczać mi to kukanie. Przynajmniej się dowiem,
kiedy się ciebie Dagmara pozbędę z domu!
- Dlaczego chcesz się mnie pozbyć i co to ma wspólnego z kukaniem?
- Ile naliczycie jej odgłosów, za tyle lat wyjdziecie za mąż!
- Nie mam zamiaru nigdzie wychodzić, będę zakonnicą!-
Krzyczałam rozbawiona.
Sylwia liczyła:
- piętnaście, szesnaście …
- UUUU to posiedzisz jeszcze trochę z mamusią! – Śmiał się mój ojciec.
Z wysoka dochodził do nas odgłos pukającego dzięcioła.
Leon tłumaczył nam, iż jest on lekarzem drzew.
Oczywiście leczył je głównie z myślą o pustym brzuchu!
Robaczki, wydłubane spod kory, ginęły w jego przewodzie pokarmowym.
Dotarliśmy wreszcie do pierwszego obserwatorium.
Nie miałam problemu z wdrapaniem się na górę.
Tuż za mną po drewnianych szczeblach weszła Sylwia.
Jacek?
Stanął na środku i nie chciał wejść wyżej.
Przyblokował tym samym asekurującego go Leona. Sytuacja nie wyglądała ciekawie.
Jacek płakał. Leon się powoli wkurzał. My na górze przerażone.
Sylwia, ona okazała się nie do zastąpienia:
- Jacek ładuj się, bo widzę rozpędzoną bandę jelonków!
Przerażony maluch w setnych – sekundy znalazł się przy nas.
Rozbawił tym tatę, który zapomniał o chwilowym gniewie.
W końcu stałyśmy na górze. Widok był przepiękny.
Na pobliskiej łące spacerowały sarny. Nie podnosiły głów wysoko.
Z zainteresowaniem wyszukiwały ziół i traw, którymi się żywiły.
Wiosna, najpiękniejsza pora roku.
Jechaliśmy dalej. Już nie myślałyśmy o lęku i bólu mięśni.
To było piękne doświadczenie. Bardzo szybko dotarłyśmy nad jezioro.
Ojciec nie potrafił ukryć dumy. Byliśmy na miejscu tuż przed południem,
to dużo wcześniej niż zaplanował Leon.
Słońce jeszcze nie grzało tak mocno. Razem rozbijaliśmy jeden wspólny namiot.
Przyszła wytęskniona chwila –relax.
Leon rozłożył wędki. Zasiedli przy nich z Jackiem. Twarzą w twarz ze słońcem.
Nieco dalej my, rozłożone na kocu. Wreszcie mogłyśmy pogadać.
- Nie potrzebujecie czasem telefonu?- Leon kpił z nas w żywe oczy, ale co tam …
Dzisiaj to było nawet zabawne. Słońce tego dnia grzało dość mocno.
Podziwiałyśmy przepływające niewielkie ryby.
Te większe wylądowały wkrótce na grillu!
Uwielbiam soboty i nie konieczny jest mi telefon.

Od poniedziałku wróciłam do przedszkola.
Trwały próby. Przecież dojrzewałam do pożegnania i zmian.
Czekał nas niezły bal….
Z tymi próbami poszłoby pani Bożence o wiele płynniej, gdyby ten nasz rocznik zasilony został w większą ilość chłopców. A tak to same problemy!
Stałyśmy się agresywne – my samice. Żadna przecież nie chciała zostać bez pary!
Zresztą nawet Kopciuszek, wstając bezpośrednio od towarzystwa gołębi i przebranego grochu, znalazł dość szybko swego adoratora.
W gruncie rzeczy żadna z nas nie różniła się od tej dziewczyny, no może trochę –
brakowało wśród nas książąt.
Mnie się trafił kolega, z którym rozumieliśmy się bardzo dobrze. Postanowiłam się go trzymać, niczym księcia z balu. Nieważne, że miał piegi i sześć lat.
Uznałam go za księcia, a on powinien to docenić.
Tak właśnie wtedy sądziłam!
Tańcząc z piegowatym Grześkiem wyobrażałam siebie, jako Kopciuszka.
Wszystko szło cudownie, gdyby nie ta maruda Agata….
Nie miała pary i tańczyła sama. Widok naprawdę przygnębiający.
Oddychałam z ulgą, bo miałam Grzesia.
Nie miałam zamiaru się nim dzielić z nikim, nawet z biedną Agatą.

Kochana pani Bożenka próbowała rozwiązać problem,
wciskając Agatę i tworząc z nas trio.
Nie przyjmowałam tego do wiadomości.
Nie będę się dzielić z nikim piegowatym Grześkiem!
Trochę mi jej było żal, kiedy z zapłakanymi oczami odchodziła na bok, ale cóż:
„Życie to bitwa”, jak mawiał tato Sylwii, i właśnie toczyłam jedną z tych bitew.
Dni uciekały bardzo szybko. Widziałyśmy już nasze dyplomy,
które pani Bożenka obiecała rozdać, tuż po występach.
Oczywiście czekały na nas też książki.
„Pipi Pończoszanka” – Astrit Lindgren.
Patrzyłam na nią i wiedziałam, że musi trafić do moich rąk. Tymczasem próby trwały nadal.
Samotna Agata opracowała dla siebie nowe kroki.
Nie wyglądało to już tak tragicznie.
Przynajmniej nie wciskała się między mnie i Grześka!
Powtarzaliśmy niezłomnie wcześniej przygotowane kwestie i ciągle tańczyliśmy.
Dodać tutaj muszę, iż wszyscy ubrani byliśmy w folklorystyczne stroje.
Byłyśmy dumnymi Krakowiankami w kamizelkach z cekinami.
Na głowach chłopców wylądowały kapelusze z długimi pawimi piórami.
Pani Bożenka patrzyła na nas i nie potrafiła ukryć wzruszenia.
Na zakończenie jednej z prób, żartobliwie pokiwała palcem w kierunku moim i Kaśki:
- Ja was proszę małpeczki, wy mi nic nie wywińcie. To jest nasze pożegnanie.
- Co niby mamy wywinąć pani Bożenko?-
- Tylko uprzedzam, będzie mnóstwo rodziców!
Ćwiczyłyśmy kolejne piosenki.
Przygotowana choreografia stawała się, co raz prostsza.
Wreszcie nadszedł ten długo oczekiwany dzień.
Występy odbywały się po południu, a my do tego czasu cały czas tańczyliśmy.
Przyszli rodzice, tak długo przez nas oczekiwani….
Moja dumna Marta zabrała ze sobą swojego brata Roberta,
zresztą mojego ojca chrzestnego.
Zasiedli wraz z małym Jackiem tuż przy naszej scenie,
aby oczywiście móc mnie lepiej zobaczyć.Nic nie wskazywało na tragedię.
Tańczyliśmy wszyscy w parach, kiedy piegowaty Grzesiek próbował mnie pocałować. Wściekła odepchnęłam go od siebie!
Wiecie co zrobił?
Poszedł do Agaty, a ja zostałam sama na środku, improwizując taniec indywidualny.
To było takie poniżające.
Z moich oczu kapały łzy i wiedziałam, że nie będę w stanie wypowiedzieć swojej kwestii, jeżeli natychmiast nie odbiję Grześka zaborczej koleżance!
Robiliśmy właśnie kolejne kółeczko, kiedy wcisnęłam się w ich parę,
na tak zwanego trzeciego.
Agata w akcie desperacji przewróciła mnie na przedszkolną wykładzinę.
Zapłakana usiadłam na kolanach Marty szepcąc do niej:
- Już wiesz, czemu chcę zostać zakonnicą?- Chlipałam wprost do jej ucha.
- Czemu córeczko?-
- Bo nie będę walczyć o jakiegoś barana, który mnie później zostawi bez niczego!-
Moje pożegnanie z zerówką było zapłakane.
Na pocieszenie „Pipi Pończosznka” trafiła w moje ręce.
Agata, cóż nie miałam do niej żalu, przez wszystkie próby czuła się tak, jak ja na Gali.
Samo życie- jak mawiał nasz sąsiad.

ROZDZIAŁ VII INNY NIE ZNACZY GORSZY

Dodano 23 października 2013, w Bez kategorii, przez Asia

ROZDZIAŁ VII
INNY NIE ZNACZY GORSZY

Zdążyliście pewnie zauważyć, że w moim przedszkolu każdy był indywidualnością:
I piegowaty Grzesiek, który wyznawał miłość w nietypowych okolicznościach
I chuda, ciągle rozgadana Kaśka
I Andrzej, który bawił się sam z sobą, w obawie, że ktoś mu skroi ulubioną zabawkę
I Zośka z palcem w nosie, wiedząca wszystko najlepiej,
na dodatek czytająca książki od czwartego roku życia
I Maciej bijący każdego, kto nie zgadzał się z jego poglądami.

Istny pokaz odmienności.

Właściwie długo tego nie zauważałam, aż do dnia…
Trafili do nas dość późno.
Był listopad, przyprowadziła ich do grupy nasza pani Bożenka.
Arletka dygnęła zawstydzona, a Marcin stał długo i nie wiedział, co ze sobą począć.
Wybałuszaliśmy na niego swoje sześcioletnie oczy.
Skąd on się wziął?
Afryka jest przecież tak daleko, a on stoi tu przed nami.
Widział, jak na niego spoglądamy. Skrępowany, stał niczym słup soli.
Patrzyłam na parę stojącą na środku. Nie wyglądali na rodzeństwo – a jednak nim byli!
Arletka krótko ścięta na chłopca blondynka, o długich nogach
i on kolega wprost z Afryki.
Nie radziłam sobie z tym długo!
Arleta – trudno mi tutaj znaleźć właściwe zdrobnienie dla jej imienia,
gdyż sięgałam jej do brody, usiadła wraz z nami przy jednym stoliku.
Tuż za nią dołączył Marcin.
On nie mówił nic, tylko się uśmiechał szczerząc przy tym białe zęby.
Kurcze, jak ja mu zazdrościłam tego perłowego uśmiechu.
Nikt się też do niego nie odzywał, sądząc, że nie mówi w naszym języku.
Za to ona gadała za stu …
- Te spodnie moja nowa mama dostała za nas!- Wskazała palcem na bordowego koloru, całkiem nowe sztruksowe ogrodniczki. Marzyłam o takich!
- Jak to za was?- Wścibskość Kasi znowu doszła do głosu.
- Moja mama dawno zeszła z tego świata i pani Ania postanowiła nas wziąć
z Domu Dziecka. Otrzymała dzięki nam duże mieszkanie
i co miesiąc dostaje paczki z Danii.
- Jak to wasza mama zeszła ?– Zdążyłam właśnie kopnąć pod stołem moją przyjaciółkę.
Wszystko na nic, postanowiła wiedzieć, jak najwięcej o przypadku nowej koleżanki.
- Nie radziła sobie z naszą trójką to i postanowiła się wyprawić na tamten świat-
- Jak wyprawić?- Darek ze „znakiem wodnym” pod okiem
( tak nazywaliśmy jego znamię )
zachowywał się gorzej od Kaśki. Nadal milczałam.
Jej historia trochę mnie przeraziła.
- Odebrała sobie życie- na zimno relacjonowała Arleta.
- Babcia stwierdziła, że z trójką dziewczyn nie da rady,
to nas zwinęli do Domu Dziecka-
- Jak z trójką dziewczyn, a on? – Tu wskazałam na Marcina,
który parsknął śmiechem na zadane przeze mnie pytanie.
Znaczyło to, że mówi i rozumie w naszym języku.
- Mam siostrę Irkę w młodszej klasie i Beatkę, która kończy podstawówkę.
Marcin jest z innego Domu Dziecka i ma brata Łukasza oraz siostrę Beatkę,
która też jest w ostatniej klasie podstawówki.
Anna przygarnęła nas do siebie.
Marcin jest Polakiem. Wygląda niczym Bambo, ale jest śliczny.
Już wolałabym mieć jego ciemną karnację, niż te piegi Grześka.-
Arleta była szczera aż do bólu.
- A ja, jego zęby, niż pokazywać zepsute zęby, jak Michał, ten z przodu –
tu Kaśka, bezwstydnie wskazała palcem na naszego kolegę.
- No tak i na dodatek ma śliczne oczy, a Gabryśka ma zeza
i prawdopodobnie widzi podwójnie!- Dodałam, nawet nie zauważając,
iż właśnie wkręciłam się w tą ich głupią grę: -co, kto ma?
- A ja wolę kochać sam siebie, niż którąkolwiek z was!
Jesteście strasznie głupie, bo widzicie tylko to, co brzydkie –
Marcin nas zabił swoją polszczyzną i inteligencją! Był wściekły na naszą głupotę.
Zrobiło mi się naprawdę wstyd za naszą ciekawską naturę!
Tego dnia wokół Arlety skupiała się zaintrygowana jej życiem dzieciarnia.
Opowiadała o tym wszystkim bez oporów, a my powoli zaspokajaliśmy swoją ciekawość.
Patrzyłam na nich i musiałam przyznać rację Marcinowi.
Widziałam, jak bardzo się różnimy, ale łatwiej było mi zauważyć wady, niż zalety.
Moją uwagę zwróciła otyłość Jeremiasza, a nie siła dzięki,
której mógł podawać pani Bożence nasze krzesełka.
Spostrzegłam piegi Grześka, a nie to, że patrzył na mnie z taką dobrocią.
U Zośki widoczne były grube nogi i potężny tył,
jej mądrość zamknięta była w pełnej głowie.
Widziałam chude nogi Jacka,
a nie zauważałam, jego pięknie malowanych obrazków.
Cóż wychodziłoby na to, że piękna jest tylko Kaśka, która jest moją przyjaciółką i ja!
Może tkwiłabym w tym stanie zafascynowania własną osobą
i poniekąd Kaśki, gdyby, nie ta Arleta.
Złapała mnie za ucho i wydarła się wprost do niego:
– Masz uszy wielkie niczym królik, a nie słyszysz, jak cię wołamy już piąty raz!
No nie, wkurzyła mnie tym stwierdzeniem!
Ja uszy niczym amator marchewek?
Miałam jej właśnie przyrżnąć, kiedy zdałam sobie sprawę,
że każdy z nas ma słabsze strony!
Spojrzałam na moją przyjaciółkę i dopiero wtedy zauważyłam, że jej uszy lekko odstają.
Rozbawił mnie ten widok, ale nie chciałam robić jej przykrości.
Dni mijały ….
Każdy różnił się od poprzedniego.
Im intensywniej obserwowałam naszą grupę, tym bardziej chciałam zostać zakonnicą!
Nie chciałam być matką żadnego z tych dzieci!
Dzieci bywają potworami, a ja wolałam być zakonnicą niż matką potwora!
Do nowego kolegi przylgnęło przezwisko „Murzyn”.
Właściwie nie miał nic przeciwko temu.
Nie mówiłam tak do niego, bo przecież miał na imię Marcin, a on mówił do mnie tak ładnie: – Dagmara.
Przyzwyczailiśmy się do jego ciemnej karnacji, która z czasem spowszedniała nam, niczym ta fototapeta z palmami i oceanem na naszej południowej ścianie.
Niby na początku nie potrafiliśmy oderwać od niej wzroku,
ale z upływem różnica zaczynała być niewidoczna!
Marcina lubili wszyscy chłopcy.
Waleczny, niczym sam Ryszard Lwie Serce, chłopak budził ogólny podziw
i każdy wolał go mieć po swojej stronie.
Mówił niewiele, ale mężczyźni podobno tak mają. Z przedszkola często wracaliśmy razem.
Arleta mieszkała w bloku sąsiadującym z moim. Pewnego dnia jej Anna zaprosiła
Martę na kawę. Tym sposobem znalazłam się w jej mieszkaniu.
Było ogromne!
Liczyło sobie dziewięć pokoi. Dzieciaki długo oprowadzały mnie po wszelkich zakątkach
Kurczę, jak im zazdrościłam.
Na dodatek ubierały się tylko i wyłącznie w zagraniczne ciuchy.
O takich to mogłam tylko pomarzyć!
Arleta dzieliła pokój z młodszą Irenką. Było tam mnóstwo zabawek.
Chłopcy również mieli pokój wypełniony męskimi gadżetami:
Trochę garaży, wyścigówek i koniecznych autostrad.
Wprowadzając się do Pani Ani, otrzymali w podarku trójkę dorosłego rodzeństwa.
Starsze rodzeństwo, czujecie?
Duże mieszkanie, zagraniczne ciuchy, starsze rodzeństwo-
czy można marzyć o czymś jeszcze?
Opuściłam ich dom z wypiekami na twarzy!
Kurcze, jak ja jej tego wszystkiego zazdrościłam!
- Czy ty nas Marto czasem nie adoptowałaś? –
- Kochanie, co ty w ogóle mówisz, przecież wiesz,
że twój braciszek urodził się zaraz po tobie!
- To przykre, to bardzo przykre- westchnęłam rozgoryczona
- No, jak tak możesz!
- Czy widziałaś to ogromne mieszkanie, a te zabawki no i jeszcze łaszki prosto z Danii,
Czy ty to wszystko widziałaś?
- Tak i jestem pełna podziwu dla pani Anny.
- Ona dostała mieszkanie
- Ona musi mieć wielkie serce, aby pomieścić w nich uczucia do tych wszystkich dzieci.
Czy zauważyłaś, że każde z nich jest inne?
- Tak, tego się nie da ukryć.
- A wiesz, że jednego dnia miały mamę,
a drugiego już nie mogły mieszkać w swoim domu?
- To straszne!- Ze smutkiem przyznałam jej rację.
Nie wiem, jak zniosłabym odejście Marty?
Lepiej niech mi tego nie robi!
Przytuliłam się do niej mocno, pragnąc zapamiętać od tego dnia, każdą chwilę.
- Jest takie mądre powiedzenie – mama w tym była mistrzynią. Nie przerywałam jej, tylko ciągle czekałam.
- Cudze chwalicie swojego nie znacie-

Jednak, dobrze, że każdy z nas inaczej wygląda, myśli i się zachowuje.
Inaczej nigdy nie docenilibyśmy tego, co mamy!

Otagowane:  

ROZDZIAŁ VI KOCHAM MOJE PRZEDSZKOLE

Dodano 22 października 2013, w Bez kategorii, przez Asia

ROZDZIAŁ VI
KOCHAM MOJE PRZEDSZKOLE

Niedziela minęła bezpowrotnie, a mi w darze pozostał poniedziałek
wraz z bukietem wdychanych zapachów, kolejnych niezjadliwych dań.
Jednym z nich była zupa owocowa podawana,
nie wiedzieć czemu, bardzo często w moim przedszkolu.
Jej woń powalała mnie nisko, bardzo nisko, w okolice przedszkolnej podłogi…
Tuż po przekroczeniu progu placówki, padałam na kolana przed Martą
i błagałam z najprawdziwszymi łzami rozpaczy w oczach:
- Idź do pani dyrektor i powiedz, że twoja jedyna córka nie jada takich zup!
Proszę cię mamuś, oszczędź mi tych torsji. -
Marta, jak to Marta, myślała, że ściemniam.
Od moich pierwszych słów przyjmowała aktywny udział w grze pt. :„Nie jadam”.
- Tak, tak córuś. Już pędzę do pani dyrektor, a może tak do prezydenta miasta?
Ustalimy razem jadłospis, w którym będą jedynie zupy na niby.
Co ty na to?
- Mamo jest mi niedobrze, będę rzygać!
Ten zapach mnie zabija!
- Po pierwsze to damy wymiotują.
Po drugie dobrze by było, abyś raczyła spróbować podanej zupy!
- Nie czujesz, jak on śmierdzi!
Stara ściera zanurzona w wodzie nie wydziela takiego odoru, jak ta zupa!
- Dagmara, proszę cię nie przesadzaj i pędź do swojej grupy!
Nie pozostawało mi nic innego tylko kombinować, a za to płaciłam wysoką cenę.
Nagromadzony stres uwalniał się dopiero po obiedzie!
Na krótko przed posiłkiem miałam już gotowy plan działania.
Do stolika zasiadałam wraz z szóstką głodomorów.
W tym momencie, nikt ze zgromadzonych przy stoliku,
nie mógł odczytać mojego obrzydzenia do podanego dania.
Moja twarz wysyłała sygnały głodu i wszyscy w nie musieli uwierzyć!
Odgrywałam teraz swoją rolę i czekałam…. Czekałam na zupę!
Cały ten cyrk rozpoczynał się i kończył na podniesieniu jednej, jedynej i ostatniej łyżki wypełnionej zupą w kierunku uchylonych ust…
Mlaskałam, siorbałam i rozpływałam się nad smakiem dania.
-No, co ty Dagmara, tak wolno jesz, może dasz mi troszeczkę?-
Kamil patrzył wzrokiem wygłodniałego wilka w mój pełen ciągle talerz.
Wyglądało na to, iż znalazłam nabywcę…
Strofowałam siebie w myślach:
„Jeszcze nie teraz Daguś, jeszcze troszeczkę wytrzymaj nad tym fetorem!”
-Jeszcze czego! Tobie dam, a sama będę głodna. Zapomnij Kamilek!-
Czekałam….
Oczy mojego kolegi stały się ślepiami wygłodniałego wilka,
gotowego rzucić się w każdej chwili
w talerz mojej śmierdzącej zupy!
- Dam ci obrazki z gum!- Skomlał…
- Obrazki, żartujesz- prychnęłam z kpiną.
Spojrzenie zanurza w moim talerzu ….
- No dobra, ale dam ci naprawdę niewiele!- Przelewam część zupy w jego naczynie.

Nie przestaje czekać na więcej. Nie, nie są jeszcze pozostali….
- Zapomnij Kamil, jestem głodna!
Zaczynam się rozkręcać.
- Nie jesz? – Moja przyjaciółka zawsze była spostrzegawcza.
- Jak nie jem, jak jem!- Potwierdzam swoje nie
- Przestań, nie jesteś głodna to się podziel z potrzebującą!-
- Jem, ale powoli-
- Właśnie widzę, nie masz przecież na nią ochoty!-
- A mam-
- Dobra i tak miałam ci dać ten breloczek –
Kolejne rozdanie. Grzebałam się jednak w dalszym ciągu.
Moja taktyka przynosiła przewidziane żniwa.
- Zostało ci trochę dla mnie –Piegusek, ten zawsze bywał głodny.
Faceci, jak to jest, że potrafią zjeść wszystko???
- Uważasz, że jestem na diecie, czy jak?- Patrzę na niego, niczym na durnia…
Muszę go trochę przetrzymać, żeby wyciągnąć więcej.
Niech się chłopak trochę postara….
- No nie, ale tkwisz przy tym talerzu, a ja jestem głodny.
Mam coś dla ciebie….-
Przez moment wygląda tak, jakby się zastanawiał,
czy zasłużyłam na ten jego prezent.
-Zresztą i tak miałem ci dać – Sięga ręką do kieszeni spodni.
Grzebie w niej dłuższą chwilę…. pozycja siedząca jest niebywale niewygodna,
do wyszukiwania czegokolwiek w kieszeniach
Wreszcie wysuwa rękę i przesuwa go w moją stronę …
Pierścionek z pszczółką Mają, tańczy teraz na naszym blacie
i zakreślając na nim niewielkie kółka.
-„Matko prawie, jak zaręczynowy!”-
Z przerażeniem pomyślałam o mojej zakonnej przyszłości i o jego nadziei.
Wszystko się we mnie kłóciło. Nie miałam zamiaru go rozczarować.
Piegus nie przestawał spoglądać w kierunku mojego talerza z zupą.
Jego spojrzenie wyrażało krzyk głodującego dziecka.
Uspokojona, iż owej błyskotki nie łączy z naszą przyszłością,
przekazałam mu pozostałość z mojego talerza.
Błyszczący pierścionek toczy nadal kółka na naszym stole.
Patrzymy na niego wszyscy, oprócz pałaszującego swoją porcję Grześka.
Patrzy i Kaśka, boję się tego spojrzenia…. Nawet go nie znałam,
a przecież Kaśka to jedyna moja przyjaciółka i to od pierwszych dni w przedszkolu.
Nie podoba mi się to, co widzę!
Szybkim ruchem nakrywam błyszczące cacko, niech jej nie boli…
To przecież za moją głodówkę.
Wypycham kieszenie granatowego fartuszka
i zastanawiam się, gdzie mogę z nimi prysnąć???
Czuję, że jest mi niedobrze, właściwie to, co raz gorzej!
Wszystko przez ten fetor i całą tę grę…
Powietrza, potrzebuję świeżego powietrza!
Niczym zahipnotyzowana, docieram do tarasowych drzwi.
Otwieram je z ogromnym wysiłkiem.
Wreszcie jestem tutaj, wśród kwiatów, ocierana wiatrem!
Gra aktorska to ciężki kawałek chleba, który czasami trzeba odchorować.
Nie, z całą pewnością nie będę w przyszłości aktorką!
Wreszcie mogę cieszyć oczy obiadowymi gadżetami, bez zawistnego spojrzenia Kaśki.
Przekładam je z ręki do ręki. Są takie cudne…..
Zawsze wiedziałam, że różnię się od pozostałych, ale żeby móc na tym, aż tyle zarobić?
Może jednak zostanę biznesmenką?
No nie, poczekam jeszcze trochę z tą decyzją……….
Jednak zakonnica, to zakonnica- prawdziwa WOLNOŚĆ.
Czas płynął bardzo szybko.
Przechodziłam do kolejnych grup przedszkolnych,
a tuż za mną podążał o rok młodszy Jacek.
Pozostała mi właściwie już tylko ostatnia – ZERÓWKA.
Właściwie to rytuał porannego wstawania w moim domu ciągle nie ulegał zmianie!
Do przedszkola wstawaliśmy bardzo wcześnie,
a towarzyszył nam niezmiennie: poranny pośpiech i harmider.
Z pokoju dochodził podniesiony i nieco zaspany głos Leona,
poszukującego swoich kanapek w lodówce.
- Gdzie znowu przełożyłaś moje śniadanie!
- Jest na swoim miejscu!- Odpowiadała rezolutnie Marta.
- Rano jesteś Zołzą nie żoną!
- A ty gamoniem!-
Marta pozostawała spokojna, a ojciec stawał się porannym gamoniem.
Mnie raczej wydaję się, że Leon rano tracił wzrok.
Może powinien skontaktować się z okulistą?
Zauważyłam, że postępująca wada wzroku ojca, wcale nie przeszkadza mojej Marcie.
Ze spokojem zaczesywała nadal moje włosy w kitki.
Krzyki te nie działały też zupełnie na wyluzowanego Jacusia,
który przeciągał się niczym gepard, w swoim wielkim łożu.
Zieleniałam z zazdrości obserwując, z pozycji krzesła fryzjerskiego,
bo wirtualnie przebywałam w salonie fryzjerskim u „Marty”,
te jego kaskaderskie wyczyny z kołdrą!
Za oknem zimą królowała ciemność. Wiosną słońce uśmiechało się do nas szeroko.
Trele ptaków, przypominały o rodzącym się właśnie nowym dniu.
Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ten zabójczy dla mojej psychiki pośpiech!
- Pobudka, szybko, szybko do mycia!
- Daguś nie śpij na siedząco, wstawaj, otwórz w końcu te oczka!
Momentami czułam się niczym na karuzeli:
- Wstań, umyj się wypij, ubierz się, wyjdź, papa.
Zaczynało się na poniedziałku, a kończyło na piątku. Nie znosiłam tego!
W pośpiechu wlewaliśmy w siebie porcję obrzydliwego mleka –
ja w Jacka, a on w siebie, po czym przechodziliśmy do porannego maratonu.
Nagrodą w tym wyścigu, były słowa dyrektora tatusiowej firmy:
- Drogi Leonie, przybyłeś na czas!
Rozumiecie sami teraz tę pogoń i stres mojego taty. Oddech dyrektora czuł tuż za sobą.
Pędziliśmy, więc w trójkę do przedszkola, a z tyłu,
ten znamienny oddech dyrektora z Leona firmy…. Leon biegł tuż przed nami.
Wyczerpani prędkością, zamienialiśmy się w śmigła boczne, odrzutowca Leona.
Znajdowaliśmy swoje zastosowanie,
Podczas bolesnego lądowania na naszych pięciu literach.
Horror mojego ojca dopiero się rozpoczynał….
- Wyglądam, jak Lobin Hood w lajtuzach!- Jacek załączał swoją syrenę….
- A to nie dobrze?- Dziwił się Leon.
- Baldzo niedobrze- łkał malec, oczekując zrozumienia.
- Wyglądasz tak męsko- próbował ratować sytuację.
- Sam jesteś mięsko, chcę „dlesy”!-
Jeszcze jedno spojrzenie na zegarek – kontrola czasu i … już Leona nie ma!
Mój ojciec potrafił bardzo szybko łagodzić wszelkie męskie konflikty.
Tak było i tym razem. Po kilku sekundach powracał z czerwonymi dresami w ręku.
Bez pożegnania, zupełnie wykończony, ruszał wreszcie do swojego miejsca pracy.
Jacek wraz z uratowaną męską dumą,
wkraczał w progi swojego przedszkolnego korytarza.

Junior Jacuś, atakowany i zarzucany, pokładami miłości,
gromadził je w sobie nieustannie. Powoli stawał się źródłem pozytywnej energii.
Właściwie to przypominał ruchomą bombę uczuciową z opóźnionym zapłonem.
Nasza miłość rozgrzewała go do białości.
Chodził i tykał:
- Tyk, Tyk, Tyk…
Każda próba skrzywdzenia Jacusia wiązała się z głośną eksplozją.
- BUUUUUM!
Oczywiście oprócz hałasu, mogło być naprawdę kolorowo.
Świetlane race i tak zwane Światełko do nieba, rozpalało całą okolicę!
Z taką eksplozją miało do czynienia moje przedszkole, właśnie w ten spokojny poranek.
Dzieciaki w ciszy rozchodziły się do swoich grup, a ja nadal nie mogłam opuścić nieporadnego juniora. Jego powiązane sznurówki nie reagowały na żadne magiczne prośby,
czy też bajkowe czary mary. Buty pozostawały na jego nogach,
w dodatku mocno powiązane. Siedziałam, więc przy nim w kąciku szatni,
próbując „odczarować” ten jego zawiązany problem.
Tuż obok mnie wyczekiwała rozwiązania, moja największa przyjaciółka – Kaśka.
Zniecierpliwiona przestępowała z nogi na nogę, nerwowo spoglądając w naszym kierunku.
- Długo jeszcze?
- Kaśka rozpraszasz mnie, tymi swoimi pytaniami!
- Przecież nie zostawię was tak samych, z tym supłem!
- Dziękuję!- Zakończyłam pragnąc zdjąć mu w końcu te buty!
Właściwie to zostało mi jeszcze jedno pociągnięcie za sznurówkę i ….. właśnie od tego, ostatecznego ruchu oderwało mnie pokrzykiwanie Piegusa:
- Daga ma brata Uszatka!-
No nie, mojego braciszka porównać do jakiegoś tam niedźwiadka z dobranocki!!!!
Nie miałam zamiaru wcale się odwracać w jego stronę,
ale głowa, tak jakoś sama poszła za głosem, a ręce znalazły się na jego szyi.
Gdy się zorientowałam, co wyrabia moje ciało-
Grzesiu leżał na wykładzinie, ja na nim, a w moich zębach jego ręka!
Gnom pozostał w pozycji leżącej, ja powróciłam do pionowej postawy,
a na jego ręce – ślad po moim uzębieniu!
Odcisk przypominał obręcz komunijnego zegarka i wbijał się w jego skórę dość głęboko.
Piegus nie przestawał się wydzierać, a wokół nas zgromadziły się wszystkie panie z naszej placówki. Właściwie to nade mną stała kadra w pełnym komplecie.
Najbardziej przerażona, nawet bardziej od samego Piegusa, była nasza pani Bożenka!
Wpatrywała się długo w pozostawioną na jego ciele obręcz.
Może sprawdzała mój zgryz, a może próbowała wyszukać wskazówek?
Sama nie wiem, ale spoglądała w kierunku jego ręki o wiele za długo niż wymagałby tego ten trudny przypadek. Mogłam budzić zdziwienie wśród bandy „krzywych zębów”
zrzeszonych w moim przedszkolu, ale nie aż takie!
- Dagmara, jak mogłaś? – Przemówiła po bardzo długiej chwili.
- Wyzywał Jacka!
- Ugryzłaś go bardzo mocno!
- Nie chciałam, aż tak, ale rozumie pani … mój brat ….
- Dość Dagmara dość!
- Obydwoje do kąta!
-Dagmara, czy ty w ogóle posiadasz kartę szczepień?
- Jaką kartę?
- Jeżeli jesteś wściekła, to będziemy musieli cię uśpić.
Dzwonię po weterynarza!
Powiedziała to na jednym oddechu, zupełnie tak, jakby bez żadnej konsultacji z fachowcem mogła określić stan mojego zdrowia.
Cóż, może nie jestem silna jak koń, zdrowa niczym byk, ale pozostanę wściekłym psem – przynajmniej w mojej grupie i to, aż do ukończenia przedszkola!
Stałam w tym swoim samotnym kącie i rozmyślałam:
Co teraz ze mną zrobią?
Do jakiego schroniska mnie przekażą?
W końcu, co się stanie z moją nierozpoczętą karierą zakonnicy?
Tuż przed obiadem, wychowawczyni wyglądała na wyciszoną i pogodzoną z moim trudnym przypadkiem. Zaufała też swojej intuicji i nie wzywała weterynarza do mojego przypadku.
Zbliżyła się do nas powoli.
- Możecie wrócić do pozostałych, ale najpierw przeprosiny!- Zarządziła.
Z zaciśniętą szczęką podeszłam w kierunku Piegusa, pozostawałam nadal wściekła.
Siłą woli zatrzymywałam toczącą się pianę…
- Wybacz mi ten zegarek, ale na drugi raz to stracisz rękę –
zasyczałam, bo nadal nie byłam w stanie zwolnić uścisku szczęk..
- Wybaczam ci, bo cię kocham maleńka!- No, no podejście do kobiet to Piegus ma.
Trzeba mu to przyznać. Moja zaciśnięta dotąd żuchwa, leniwie popuszczała uścisk, zamieniając go w rozpromienionego rogala.
Po takich przeprosinach, zapomniałam o całym incydencie i nie starałam się już gryź! .
Objęci wpół, niczym serialowa para zakochanych, ruszyliśmy w kierunku stolika!
Pani zapomniała o karcie szczepień,
Grzegorz o bólu,
ja o wyzwisku,
a wszyscy w grupie myśleli, że pobiliśmy się z miłości!
Zdałam sobie również sprawę, z istotnego zagrożenia. Każda kolejna próba zgryzu,
może zakończyć się utratą pełnego garnituru mleczaków na ciele ofiary.
Pozostałoby mi wtedy bezzębne siorbanie mleka, albo sztuczna szczęka mojej babci.
Ta karta szczepień i groźba uśpienia, nadal nade mną wisiały.
Wolałam, więc nie ryzykować!
Życie przedszkolne to czas miłostek i przyjaźni.
Od pierwszych dni nie rozstawałyśmy się z Kaśką. Łączyło nas naprawdę sporo.
Najbliższa nam jedna była wspólna niechęć do jedzenia.
Ono właściwie mogłoby dla nas nie istnieć. Oczywiście z pewnymi wyjątkami:
Lody truskawkowe,
Truskawkowe lody!
W tym fakcie byłyśmy z Kasią całkowicie zgodne.
Nasze usta właściwie nie zamykały się wcale. Wyglądałyśmy na nieustannie przeżuwające.
Nasze szczęki poruszały się w rytmie wypowiadanych słów.
Ze swojej rozgadanej natury długo nie zdawałyśmy sobie sprawy.
Do momentu…. kiedy to po małego Jasia, z pierwszej grupy,
przyszła osiemdziesięcioletnia babcia, podobno głucha, jak pień….
Oczywiście my, nie zdawałyśmy sobie z zupełnie sprawy
z jej ułomności i nie przestawałyśmy mówić….
Babcia pomogła Jasiowi nałożyć sweterek.
Zwracając się już ku wyjściu odwróciła się jeszcze w naszym kierunku,
strofując nas dość głośno:
- Dziewczynki, ale to chyba niegrzecznie tak ciągle żuć tę jedną, jedyną gumę!-
Zdziwione spojrzałyśmy po sobie, bo gumy to my oczywiście w ustach nie miałyśmy….
Właśnie te niezamykające się usta sprawiały takie wrażenie…
Przedszkolne życie to przede wszystkim dobra zabawa. Naszych głów trzymały się
różne psikusy. Jednym z nich pokarałyśmy się tak mocno,
że już na długo nie sięgałyśmy po żarty z tej półki!
Wszystko zaczęło się od schowania kapci Grzesiowi.
Odziałam w nie bose stopy naszej dużej lali, a Grześ tymczasem chodził nieobuty po całym przedszkolu, poszukując ich niewyczerpanie, ale wciąż mało skutecznie.
Oczywiście po czasie, bardzo długim czasie, zauważył lalkę, która to połaszczyła się na jego przedszkolne kapcie. Dowcip rozbawił całą grupę,
a my nie poprzestałyśmy już tylko na tym żarcie….
Wydawało nam się wtedy, że jesteśmy nie do wykrycia!
Byłyśmy właśnie na jesiennym długim spacerze.
Szurałyśmy butami w kolorowych liściach, tworząc z nich bajeczne kupki.
One robiły szuru – buru, a my śpiewałyśmy im jesienne piosenki.
Oczywiście wędruję w parze z moją przyjaciółką, która to tak uwielbia mówić do mnie.
Krótko mówiąc, wróciłyśmy do stanu żujących panienek…
- Artur mój starszy brat to straszny gamoń!-
- Jak gamoń, przecież trafia do naszego przedszkola i zabiera cię do domu?-
Pytałam zdziwiona, bo mój Jacuś nie spełniłby się w tak odpowiedzialnej funkcji,
o tym fakcie byłam przekonana.
- To nieuk, tak go wczoraj nazwał tata!- kontynuowała.
- Czyli, że nauka mu do głowy nie wchodzi?-
- Na to wychodzi, ale tata tego nie rozumie.
Wczoraj zamknął się z Arturem w pokoju. Właściwie to nie zamknął … Trzasnął tak mocno drzwiami, że biały tynk spadł na moją głowę. Nie mogła już nic, absolutnie nic usłyszeć!
Jedyne, co przenosiła ściana to wyzwiska ojca Muchy:
„Ty gamoniu, ty nieuku! ” – Zrobiło mi się żal Artura!!
- Co zrobiłaś?- Zapytałam.
- Na wieszaku wisiał ojca wojskowy pas jeszcze z młodych lat….
Tu moja wyobraźnia znowu zaczęła pracować.
Zdałam sobie sprawę, iż niepotrzebnie dodała, wersję o młodych latach pana Muchy…
- Podałaś go tacie? – Byłam wzburzona.
- Tak, widziałam to na filmach, dostałby trzy razy w tyłek,
to od razu wziąłby się za naukę!
- Chciałaś pomóc tacie, czy Arturowi?
- Arturowi.
- Jak to, przecież wręczyłaś ojcu narzędzie tortur?
- Artur nie musiałby słuchać tych wyzwisk i pewnie nie byłoby mu tak przykro.
Dostałby w tyłek i po sprawie! -Moje oczy stawały się coraz większe.
Kaśka potrafiła mnie zaskoczyć, ale teraz to chyba przesadziła!
- Przyłożył mu?-
- Też myślałam, że tak zrobi. Wsunęłam ten pasek pod drzwi,
żeby wreszcie przestał się wydzierać,
a on otworzył je energicznie i za mną
z tym rozbujanym paskiem i trzęsącą się sprzączką!
- O matko! – Przeraziłam się wizją sprania Kasinych pięciu liter.
-Zamknęłam się w łazience na cały dzień….. – Kontynuowała moja przyjaciółka.
- To ich przyblokowałaś – Zaśmiałam się rozbawiona tym filmem rodzinnym.
- Załatwiali się do wieczora u pani Marylki, naszej sąsiadki,
a ja tymczasem zabezpieczałam swój tyłek stertą gąbek.
- To się bałaś tylko o własny tyłek?
- Przecież nie o ich!-
- Długo tak z tymi gąbkami siedziałaś?
- Wieczorem, tato zapukał ponownie błagając, abym otworzyła-
- Dostałaś paskiem?
- Nie odezwał się do mnie ani słowem.
Za to ten nieuk pękał ze śmiechu!
Ja też pękałam, wyobrażając sobie przerażenie Kaśki.
Słuchając horroru z domu bzykających owadów, dotarłam pod bramy przedszkola.
W szatni mam ubierać swoje niebieskie baletki, a tych nie ma w zasięgu ręki!
Kapcie mogła wynieść tylko Kaśka, przecież sama sobie nie schowałam!
Spojrzałam na beztroską twarz przyjaciółki, nieprzestającej snuć swoich opowieści kolejnym słuchaczkom. Nie wytrzymałam………
Puściłam się wściekła w jej kierunku, zawieszając rękę na jednej z jej kitek
i przewracając Katarzynę na bordową, przedszkolną wykładzinę!
W sekundzie z przyjaciółek zamieniłyśmy się, w walczące koguty.
- Zdrajczyni!- Zasyczałam do jej ucha.
- Dagmara, bo ci pióra z dupy powyrywam!
Schodź ze mnie w tej chwili!
- Popamiętasz to chowanie kapci!
- Przecież to ty zazwyczaj chowałaś!
- Ja?
- No przecież nie ja!
Przedszkolaki miały ubaw, wysłuchując tych naszych pokrzykiwań.
Zresztą nie tylko one. Za tą całą grupą stała,
zupełnie nie widoczna dla nas, pani Bożenka…
- Czy tych szukacie? –
Naszą kłótnię, przerwał mały Maciuś, który z parapetu ściągnął poszukiwane przeze mnie baletki. Kapcie stały się źródłem pierwszej poważnej kłótni między nami.
Na dodatek całe przedszkole dowiedziało się, kto je chowa i…
Dotarło do mnie, jak wygląda kłamstwo na krótkich nogach!
Moje miało wyjątkowo krótkie. Daleko na nich bym nie zaszła.
Z przyjaciółką nie rozmawiałam, bardzo długo…
Siedem kolejnych dni, wypełniała cisza i pustka.
Po ich upływie wpadłyśmy w swoje ramiona, wybaczając wzajemne krzywdy i …
Wróciłyśmy do porządku dziennego- paplaniny! Znowu byłyśmy nierozłączne!
Nasze zainteresowania z nastaniem wiosny zmieniły się diametralnie!
Zaintrygowali nas chłopcy, a właściwie sposób, w jaki sposób to robią?
Dlaczego sikają na stojąco?
Nie ukrywam próbowałyśmy tej sztuczki, tuż za krzakami…
Nic z tego! Nalałyśmy sobie w buty i po zabawie.
Cóż …. Temu zjawisku wypadało się przyjrzeć bliżej.
Toaleta koedukacyjna, była najlepszym miejscem
dla zgromadzenia materiałów badawczych.
Były tam tylko dwie kabiny!
Jedna przeznaczona dla dziewczynek, druga dla chłopców.
Zamknęłyśmy się w naszej części i czekałyśmy….
Kaśki zadaniem było stać i nie ruszać się. Robiła teraz za moją drabinę.
Tymczasem ja wspięłam się na jej zgięte w pałąk plecy
i próbowałam podciągnąć się na oddzielającej nasze toalety ściance.

- Wiszę, ale w dalszym ciągu niczego nie widzę!- Szeptałam.
- Nie mogłaś urosnąć, na takim karakanie, jak ty to ja się nie podniosę zbyt wysoko-
- No nie, ty kurduplu jeden, zaraz cię zrzucę!- Mamrotała Kaśka.
- Nie kręć się, bo spadnę i nici z naszych badań, doktor Katarzyno!-
Właściwie ostatkiem dobrej woli wspięłam się naprawdę wysoko,
a mój wzrok delikatni wsuwał się za ową ściankę … i wtedy stało się
coś całkiem nieprzewidzianego…
- Cóż to za wielkie monstrum znajduje się w naszej toalecie!-
Krzyk pani Bożenki, był w tym momencie tak przerażający, że powalił mnie na kolana, a właściwie na posadzkę toalety. Na mojej ręce pojawia się kolejny wielki siniak,
a w uszach rozbrzmiewa głośny śmiech całej grupy.
Ryczą ze śmiechu guły, nie zdając sobie nawet sprawy,
jak ważnych badań pozbawił nas ten nieszczęsny upadek!
Oczywiście zostajemy postawione do najodleglejszych kątów:
NIC NOWEGO!
Najgorsze jednak to, to, iż mimo włożonego w całe przedsięwzięcie wysiłku,
nadal nie wiemy:
Czy nasi koledzy sikają sobie w buty?
Czy robią to w zupełnie inny sposób?

Życie sześciolatka nie należy, więc do najprostszych.
Moje niestety z wiekiem, co raz bardziej się komplikowało!
Właśnie nastąpiła długo oczekiwana przez nas chwila.
Szykowaliśmy się do pozowania przed aparatem fotograficznym.
Posrebrzany fotograf przyprowadził na tę sesje swoje zwierzę. Wstąpił właśnie
w nasze progi. Przemierzał teraz wąskie korytarze,
w poszukiwaniu najlepszego światła i oczywiście miejsca dla grupowego zdjęcia.
Małpka, która mu towarzyszyła, ubrana była w strój marynarza.
Niby uśmiechała się promiennie, szczerząc swoje nierówne zęby,
nie byłam jednak w 100% pewna, co do jej szczęścia.
W tym przebraniu przypominała raczej pajaca, który miał nas rozbawiać.
Zawsze lepiej wyjść na zdjęciu z uśmiechem, niż bez niego.
Zdjęcia ze zwierzęciem wzbudziły ogromną sensację wśród całej grupy.
Małpa nazywała się Czita.
Spoglądałyśmy wraz z Kasią na futrzak, którego było nam zwyczajnie szkoda
Smycz zaciskała się na wąskiej szyi, pozostawiając ślady w postaci wytartej sierści.
Nie podobało mi się to wcale!
Tryknęłam przyjaciółkę łokciem:
- Trzeba coś z tym zrobić, już nie mogę patrzeć, jak ona się męczy!-
- Tylko co? – Zapytała skołowana Katarzyna.
- Smycz na dole przywiązana jest do ławki.
- No przecież widzę!
- To, jak widzisz to ją odwiąż!
- Dlaczego ja?
- Bo teraz twoja kolej! – Dodałam wypychając ją na sam środek.
Przyszła kolej na Katarzynę i Czitę…

Zrobiła to, co zrobić powinna każda wrażliwa istota- odwiązała zwierze.
Małpa zachwycona wolnością i brakiem obroży, ruszyła w kierunku naszych firan. Towarzyszył temu okrzyk przerażonej woźnej i pani Bożenki,
zdających sobie sprawę, iż za moment małpa, może pomknąć w Polskę!
W naszej grupie zapanowało zabawne zamieszanie:

Fotograf i nasza opiekunka spoceni pogonią nadal pozostawali bezradni wobec uciekającego futrzaka. Przeszkadzała im w tym rozwrzeszczana grupa, która wiernie kibicowała małpie.
- Czita do okna!
- Czita, Czita!-
Dzień zdjęciowy dobiegał końca, a małpa pozostawała na wolności.
Gdyby nie wysportowany woźny Wiesław, małpa w życiu nie trafiłaby do niewoli.
Obie z Kaśką pozostawałyśmy niepocieszone….
Pan Wiesław z przekazał zwierzę, zdenerwowanemu fotografowi, przepraszając go za nasz mało dojrzały wybryk, a Kaśka?
Kaśka, cóż trafiła do kąta.
To pewnie w nagrodę za dobre serce!
ŻYCIE TYLKO BYWA SPRAWIEDLIWE!

Otagowane:  

ROZDZIAŁ V CHCĘ BYĆ ZAKONNICĄ

Dodano 21 października 2013, w Bez kategorii, przez Asia

ROZDZIAŁ V
CHCĘ BYĆ ZAKONNICĄ

Po takim plenerowym dniu, mogłam spać długo, bardzo długo…
Wreszcie nikt się nigdzie nie śpieszył.
Wiecie co?
Wcale nie miałam ochoty na sen w ten leniwy, niedzielny poranek.
Życie jest jednak przewrotne….
Kiedy muszę wstawać, przedłużam w nieskończoność chwile snu….
Ostatecznie mogę dłużeć grzać łóżko, i co?
Zwyczajnie nie potrafię sobie znaleźć w nim miejsca!
Zupełnie tak, jakby ktoś mnie z niego wyrzucał.
Tak było i w ten niedzielny poranek.
Za oknem gołąb swoim gruchaniem przypominał o pięknej zielonej wiośnie,
a u nas panowała nadal senna atmosfera
Spojrzałam w kierunku Jacka.
Jego szeroko otwarte zielone oczy, wskazywały na stan zawieszenia
między strefą snu, a realnego życia.
Widzę, że zastanawia się nad swoją tożsamością.
Wyrzucony w przeze mnie w powietrze jasiek trafia w jego głowę.
Pobudka! – Krzyczę.
Zupełnie nie licząc na szybką reakcję z jego strony.
Mocne uderzenie przyszpila mnie do ściany.
Trafiony zatopiony!- Wrzeszczy z radością Jacek, oczekując mojej reakcji.
- Czy wy nie moglibyście, chociaż w sobotę pospać dłużej !!–
Przebudzona Marta, nie jest zachwycona hałasami dochodzącymi z naszego pokoju.
- Walczymy, a wy możecie spać, przecież nie ma tam nas!-
Marta i Leon z ogromnymi oporami akceptowali nasz niedzielny rytuał.
W niedzielne poranki bawiliśmy się wyśmienicie, ale wszystko do czasu…
Tak naprawdę to ja i Jacuś szybko się nudzimy.
Jesteśmy ciągłymi poszukiwaczami wrażeń.
Nie zostajemy, więc na długo przy jednej rozrywce.
Postanawiamy zmienić otoczenie, aby oczywiście nie popaść w rutynę.
Do sypialni rodziców trafiamy, krótko po poduszkowej zabawie.
Przecież tam jest ogromne łóżko rodziców i bajki, które lubimy oglądać.
Zawsze uważałam, iż sypialnia rodziców na ich dwójkę jest zbyt obszerna.
Nie można pozwolić, aby dwie dorosłe osoby pozostały w nim zbyt długo same.
A niech wiedzą, że jesteśmy jeszcze my!
Z Jacusiem mamy ten problem, że wszędzie tam, gdzie trafiamy obydwoje,
nie potrafimy odnaleźć się w jednej przestrzeni… to poszukiwanie własnego miejsca łączy się z długimi przepychankami.
Marudny charakter Leona nie ułatwiał nam wcale zadania.
– Jak dobrze Marta, że nie namówiłaś mnie na trzecie.
Musiałbym dzisiaj spać na podłodze.
Wytłumacz mi jeszcze, czemu te drobne dzieci zajmują tyle miejsca?
- Nie wiem i nie rozumie, dlaczego z sam rana, tyle mówisz do mnie?
- Bo cię kocham męczyć!
- A ja kocham spać – Odpowiadała Marta przewracając się na drugi bok.
Jej spokojna natura potrafiła się wyłączyć w każdych,
nawet najbardziej skrajnie niedostosowanych warunkach!
Niedziela oprócz totalnej laby nie toleruje mleka.

Ech kocham niedziele!

W niedzielne poranki, zamieniałyśmy się wraz z moją Martą w szefów kuchni!
Mama to prawdziwy mistrz sztuki kulinarnej.
Jedzenie w jej kuchni to nie zwykłe jedzenie – to delicje dla podniebienia.
Wbijała się w swój kwiecisty fartuszek, zamieniając się od jednego przewiązania,
w kuchenną wróżkę. Nie musiała dotykać mnie swoją różdżką,
aby brzuch sam dopominał się jedzenia, pomrukując co raz głośniej:
- Brrr, brr – dochodziło z moich wnętrzności.
Mój głód był nieco podejrzany…..
Przygotowywane przez nas jedzenie,
samoistnie zatrzymywało się na moim podniebieniu,
aby zagłuszyć rozwrzeszczane wnętrzności.
- Mruczysz niczym sam niedźwiedź brunatny – podśmiechiwała się Marta.
Wszystko przez te bajeczne postacie…
„Na liściu zielonej sałaty
Pomieszkiwały bajeczne skrzaty.
Jest i piegowata biedronka,
Co drobnym skrzydłem jeża trąca…”
Deklamowała Marta tworząc to wiosenne arcydzieło.
No i powiedzcie sami, czy moja mama nie jest wróżką???
Mój głód nie zatrzymywał się w kuchni, zabierałam go ze sobą do stołu,
przy którym razem spędzaliśmy niedzielny poranek.
Apetyt swój zawdzięczałam leniwej atmosferze,
która trochę przypominała gumę w rajstopach:
naciągała się, naciągała i ciągle nie miała dość!
Nic nie zapowiadało krwawej niedzieli, zupełnie nic…
Nieskonsumowane prze ze mnie ozdoby z kuchni,
trafiły właśnie na nasz śniadaniowy stół.
Nie były na nich bezpieczne… Jeżeli, już to bardzo krótko.
Wygłodniały Jacek z Leonem nie zostawiali, zbyt wielu resztek…
Pochłaniali wszystko, co znalazło się w zasięgu ich wzroku.
Wybierali najczęściej moje ulubione kąski,
a ja zastanawiałam się, kiedy wreszcie ich zemdli?
No nie to, żebym im życzyła najgorszego,
ale czasami to mogliby się pohamować w tym obżarstwie!
Nic jednak na to nie wskazywało.
Żuchwa mojego nienasyconego brata, pozostawała w ciągłym ruchu….
„Czy on nigdy nie ma dość?” – Zastanawiałam się nad jego trudnym przypadkiem…
Nie no, nic zupełnie nic nie wskazywało na możliwość zaspokojenia tego głodu….
Prawie nic…
Spojrzałam w jego talerz i oniemiałam….
W samym jego centrum rozrastała się kałuża krwi. Stawała się większa i większa. Rozrastała się niezwykle dynamicznie, a Jacuś, zajęty pochłanianiem owadów, ssaków
i całej tej menażerii … zupełnie nie spoglądał w swój talerz….
Ciągle nie wierzyłam w to, co widzę?
Zdrętwiała nie mogłam wypowiedzieć słowa….
Ciszę śniadania przerwał brzęk spadającego mleczaka.
Wtedy to cała rodzina skierowała wzrok w kierunku,
w którym moje oczy były już dawno utkwione….
Jacek przez chwilę patrzył z niedowierzeniem na swoje nakrycie:
- Mój ząb, buuuuuuuuuuu!-
Miałam dość!
Wszystko zepsuł tym krwistym śniadaniem i załączoną syreną.
Są dwie rzeczy, których nigdy nie zaakceptuję:
- krwi w moim otoczeniu i
- hałasu;
Ewakuacja, tylko ona mogła mnie uratować!
Podczas, gdy ja szykowałam się do opuszczenia tego miejsca, w pokoju śniadaniowym, Marta próbowała podnieść na duchu załamanego ubytkiem brata:
- Jacusiu nie rozpaczaj, wyrośnie ci nowy ząb,
a ten schowamy na pamiątkę do pudełka.-
- Uuuuuuuuuuu, ja chcę go z powrotem, mam „klew” w buzi, uuuuu!!!-
Jacuś nie miał zamiaru się uciszyć….
Z jednej strony, to nawet szczerze mu współczułam tego stanu…..
Z drugiej, czułam trudną do ogarnięcia radość…..
Miałam szczęście, nie ma co …
Nie wiem, jak bym wyglądała bez jedynki i to na samej górze ?????
Jeszcze ta wszechobecna krew…..
Pokój zalany czerwienią…..
Miałam szczęście, że to nie mnie dopadł dzisiaj pech!
Ubrana w niedzielną gal, weszłam jeszcze na moment do śniadaniowego pokoju:
- Ja was przepraszam, ale opuszczę ten świat stworzony dla wampirów.
Poczekam na was na dole.
- Dagmara mamy do wyjścia całe półgodziny!-
Krzyknęła za mną Marta, próbując mnie jeszcze przez chwilę zatrzymać w domu.
Wcale nie miałam zamiaru się wracać.
Widok „szczerbola” nadal przyprawiał mnie o dreszcze.
Do całości dodać szczyptę mojej chorej wyobraźni i horror gotowy.
Muszę zapomnieć i to jak najszybciej o śniadaniowej wpadce!
Moje zdrowie psychiczne było w tym momencie najważniejsze i właśnie z uwagi na nie, postanowiłam jak najszybciej usunąć się z tego miejsca.
Usiadłam na ławeczce wśród drzew i obserwowałam rodziny
kierujące się w stronę kościoła. Moich ciągle nie było widać!
Po czterdziestominutowym oczekiwaniu wreszcie poczęli się wynurzać.
Powoli, nieśpiesznie, wysuwali się z klatki schodowej.
Przez to czekanie, to nawet zdążyłam się za nimi stęsknić.
Mój brat wyglądał nawet na zadowolonego,
ukazując w szerokim uśmiechu swój górny ubytek. Widok paskudny, ale w końcu to mój brat i nie chciałam mu robić przykrości.
Lepiej już popatrzeć za szybującą w górze parze gołębi…..
Ten dzień z całą pewnością nie należał do najszczęśliwszych w życiu Jacusia.
To była jego CZARNA NIEDZIELA!
Niebo w ten dzień było bezchmurne, i te ptaki i ta wiosna….
Zieleń na drzewach wmawiała szeptem pozytywny dzień, a mój Jacuś…
- Ścigamy się szczerbolku? – Rzuciłam hasło pragnąc mieć go daleko za sobą.
- Gonię!- Zawołał i runął jak długi, potykając się o własne buty.
- Uaaaaaaaaaaa – Nie wytrzymam, znowu ta syrena.
Jacek na pewno zostanie strażakiem….
- Tato wezwijmy karetkę, on nie ma już zbyt wiele krwi!-
Wykrzyknęłam z pełna powagą na twarzy
do roztrzęsionego Leona, który nie wyglądał na zachwyconego zaistniałą sytuacją.
- Dagmara przestań się przez najbliższą sekundę odzywać.-
Syknął w moim kierunku ojciec, próbujący postawić na nogi wrzeszczącego Jacka.
Koszmarny dzień dopiero się zaczynał, a Jacuś miał za sobą już dwa wypadki.
Stoi teraz przede mną, a ja nie mogę powstrzymać śmiechu….
Właściwie to spostrzegam to, jako pierwsza.
Próbuję się ciągle nie śmiać, co nie jest takie łatwe!
Rodzice obrzucają mnie spojrzeniem, tym z serii „ Wariatka”,
a ja ciągle duszę się ze śmiechu.
- Dagmara przestań się z niego śmiać! – Marta wygląda na zirytowaną.
- Jak mogę się nie śmiać, lepiej zobacz na jego buty!
Śmiejemy się teraz wszyscy.
Jacuś, mój młodszy braciszek, manifestuje na ulicy nowy szyk mody!
Ten lewy but na prawej nodze to pewnie niemy krzyk:
„Jestem inny, a wam nic do tego!”.
Pozostaje nam przebrać to jego obuwie i w drogę…
Najgorsze w tym wydarzeniu, było to, że ta cała kraksa z butami
rozśmieszyła mojego Jacusia, którego szczerba była teraz bardzo widoczna.
Błagam, aby przestał się śmiać.
Wolę jednak, kiedy płacze …
Leon spogląda na zegarek, odnotowuje spóźnienie i popędza nas na mszę.
Aleją z wysadzonymi drzewami, docieramy do kościoła.
Lubię to miejsce. Zapominam o towarzyszącym mi szczerbolu.
Spoglądam na rzeźbę świętego Piotra z kluczami…
Ciekawe, czy wpuściłby mnie do niebieskiego królestwa,
pozbawioną zupełnie uzębienia?
Jest tu tak cicho, iż odnoszę wrażenie, że nawet wiatr porusz gałęziami szeptem.
Pewnie nie chce zdenerwować Pana Boga!
Klękam przed moim Bogiem prosząc go o słaby wzrok,
abym nie musiała zauważać szczerby mojego brata,
o zęby dla niego i o cierpliwość dla rodziców.
Spojrzałam na zebranych …
Większość z nich klękała i modliła się.
Na myśl mi wtedy przyszła bajka o złotej rybce i rybaku.
„Czy Bóg może być złotą rybką?” – No, nie, to chyba raczej nie możliwe.
Ponownie przyklękam:
- Dziękuje ci Boże za dobry wzrok, za szczerbę Jacusia,
bo tylko dzięki niej wyjdzie mu kolejny ząb
i oczywiście za cierpliwą Martę i pokornego Leona.
Moją dziękczynną litanię zakończyłam znakiem krzyża,
po czym wysunęłam się spod drewnianej ławki między siedzących tam rodziców.
Z witraży okiennych uśmiechają się do mnie porozumiewawczo wszyscy święci.
Przy ołtarzu zbiera się grupa dzieciaków, ćwiczą śpiewy.
Wkracza pomiędzy nich…
Jest niczym gangster z filmu trwogi.
Wręcza im kartki. Powraca za ołtarz.
Zakonnica w czerni.
Wszędzie jej pełno. Jest szczupła, bystra i dynamiczna.
Patrzę na nią i zastanawiam się, czy to nie ona czasem trzyma w tym kościele władzę???
Spod stroju wysuwa się w moim kierunku jej .. Anielski uśmiech………
Przywołuje nas do siebie. Ruszamy teraz wraz ze szczerbolem w jej kierunku.
Śpiewamy, każdy na swój sposób – jak kto potrafi.
Dyktator w czarnym stroju nie przestaje się do nas uśmiechać.
Patrzę na nią i wiem, wiem to na pewno …..
Kurczę chcę być zakonnicą!
Pewnie, jak zostanę już tą rozśpiewaną zakonnicą, to będę musiała opuścić mamę i tatę?
Może wezmę ich ze sobą?
Już nie ma mnie na tej mszy……
W mojej głowie odbywa się projekcja filmu pod tytułem:
„Pożegnanie zakonnicy”.
Ja, mój misiowy plecak i oni zapłakani. Będą tęsknić wiem!
A niech płaczą, przecież w końcu jestem ich jedyną córką!
Właściwie to, jak im będzie tak strasznie smutno, to zabiorę ich ze sobą!
Wychodząc z kościoła nie spuszczam jej nadal z oka.
Podąża w stronę niskiego budynku, przebierając niespiesznie nogami.
Tak właśnie – ona nigdzie się nie śpieszy…. pewnie i jeść za wiele nie musi…
Przecież niedziela jest dla niej dniem roboczym?
To piękne, iż niektórzy mogą żyć dużo wolniej, niż pozostali…
Tak chyba wygląda wolność?
Zastanawiałam się, jak będę wyglądać w takim czarnym stroju?
Nie mogłam się wprost doczekać powrotu do domu, aby przejrzeć garderobę Marty.
Ona ma tyle ubrań, że pewnie znajdę tam coś specjalnie dla przyszłej zakonnicy!
- Chcę być zakonnicą!- Oświadczam bezpośrednio po wyjściu z kościoła
osłupiałemu Leonowi i zdziwionej Marcie.
- Od jutra kochanie?- Leon oczywiście obraca wszystko w żart.
- Nie, jak będę już zupełnie duża. Wreszcie nikt nie będzie mnie do niczego namawiał!
Będę wolna! Widzieliście jej strój?
- Tak, czarny i dopięty na ostatni guzik ?– Tatuś nie przestaje kpić.
- Tak masz rację, wolność jest ważna, ale nie trzeba być zakonnicą, żeby to poczuć.
Zresztą nikt z nas nie broni ci przychodzić do kościoła !-
Marta starała się mnie odciągnąć z obranej już drogi.
Nic z tego!
- Będę zakonnicą i już!-
- Siostry żyją dla Boga, nie wychodzą za mąż i nie mają dzieci-
Objaśniała dalej moja mama.
- To cudowne, nie chcę mieć dzieci! –
Tego to przynajmniej byłam pewna w stu procentach!
Wystarczy, że oni mają i to całą dwójkę.
Oszczędzę sobie tego trudu. Właśnie dlatego zostanę – zakonnicą!
Dzieci, toż straszny wymysł dorosłych. W dalszym ciągu obstaję przy psie!
Patrząc na szczerbatego Jacka, odechciewa się człowiekowi własnego potomstwa!
Mąż?????
Po co mi mąż?
Wystarczy, że własny ojciec wstaje z rana w fatalnym nastroju.
Znosić humory obcego chłopa – nigdy wżyciu!
Mąż – też pomysł!
Nie będę ani matką, ani żoną!
Będę ZAKONNICĄ!
W wieku pięciu lat podjęłam pierwszą konkretną decyzję, a oni co?
Bezczelnie próbowali mnie od niej odwieźć!
RODZICE!
Byłam rozgoryczona ich postawą.
Przełknęłam gorzką pigułkę „Niezrozumienia” i postanowiłam czekać na dary losu!

Otagowane:  

ROZDZIAŁ IV PLENEROWA SOBOTA I SZYBKA ROBOTA

Dodano 19 października 2013, w Bez kategorii, przez Asia

ROZDZIAŁ IV
PLENEROWA SOBOTA I SZYBKA ROBOTA

Potraw z serii „nie lubię cię” było jeszcze całe mnóstwo.
Zaczęłam się nawet zastanawiać, czy to czasem nie wynika z mojej pechowej natury?
W ostatnim czasie natrafiałam na zupełnie niejadalne wynalazki!
Najbardziej przejęta tym faktem, zdawała się być Marta,
dla której to życie rozpoczynało się i kończyło wyłącznie na jedzeniu…..
Podczas gdy ja mogłam się spokojnie bez niego obejść.
Jedynym miejscem, w którym bez żadnego sprzeciwu, zjadałam okropną zupę mleczną na zacierkach, był dom ciotki Baśki we wsi Suchanoga….
Właśnie dzisiaj obudziłam się w słonecznej sobocie.
Uwielbiam ten dzień, to pakowanie, podróż pociągiem i spacer leśnym zagajnikiem…
Odnoszę nieodparte wrażenie, że sobota została stworzony wyłącznie dla mnie.
To samo zresztą powiedziała moja Marta.
Więc wychodzi na to, że Bóg stworzył ten dzień mając na uwadze nas obydwie!
Właśnie wraz z nią zabierałam się w podróż do mojej chrzestnej Barbary.
Ukochana siostrzyczka Leona, wraz z wujciem Heniem, synem Pawłem
i córką Eweliną oczekiwali naszego przyjazdu w swoim domku na skraju lasu.
Ciotka Baśka należy do istot o wielkim sercu i niezamykającej się buzi.
Do powiedzenia to Barbara miała naprawdę wiele ….
Zresztą, nie bez przyczyny, odwiedzała w każdą kolejną sobotę
okoliczny salon fryzjerski, tłumacząc swoje decyzje wujowi:
- Muszę coś z tym sianem zrobić.
Szału nie było po jej powrocie. Owo siano ręka fryzjerska z lekko przygładzała,
za to jej głowa …. Ta, od namiaru informacji dosłownie pękała!
Te rodzinne spotkania stanowiły dla niej idealną sytuację do podzielenia się z nami fryzjerskimi ploteczkami. Oczywiście ja, nie miałam na to zbyt wiele czasu,
za to Marcie ”łeb pękał” od nadmiaru informacji.
Tak naprawdę, ani ciotka, ani też Marta,
nie do końca zdawały sobie sprawę, dlaczego przybywałam tutaj w każdą sobotę?
To był układ….. Oczywiście przystąpiłam do niego bez żadnego przymusu.
Paweł, mój starszy kuzyn czekał na wysprzątanie swojego królestwa.
Moja praca miała oczywiście swoją cenę….
Była nią wyprawa rowerowa !
Po skończonych porządkach z perspektywy bagażnika, podziwiałam wiejską okolicę.
Najlepsze jednak, ciągle było przede mną!
- Dzisiaj możesz z nami zagrać w nogę. Będziesz bramkarzem!-
Spoglądał na mnie, z lękiem w oczach.
- Chyba bronić to potrafisz? –
- Yhm… – Odpowiadałam niepewnie, bo skąd niby miałam mieć o tym pojęcie???
Powoli docieraliśmy do łąki.
Wraz z nami „dobijała” tu liczna grupa okolicznych kolegów.
Paweł ciągle spoglądał na mnie z niedowierzeniem w oczach:
- Dasz radę?
- No dam. – Potwierdzałam.
Rozpoczynaliśmy grę… Przecierałam szlaki w tym sporcie i przyznać muszę, że nic bardziej nie ubawiło mnie w życiu, jak widok sporej grupy
chłopców ganiających za szmacianką.
Jakby tego było mało to oczekiwali ode mnie, abym -co jakiś czas, rzucała się na nią
i nie wpuszczała jej w granice ustawionej wcześniej bramki.
Kuzyn nie przestawał przypominać mi o roli, jaką odgrywałam w tej rozbieganej zabawie.
- Pamiętaj rzucaj się na piłkę, niczym puma!
Co ma wspólnego drapieżna puma z piłką nożną nie wiem do dzisiaj?
Zastanawiałam się, czy w tej zabawie mam być zwierzakiem czy bramkarzem?
- Broń, Broń! – Wydzierał się Paweł widząc rozpędzoną piłkę,
próbującą się wcisnąć na moje terytorium.
Temperatura gry podnosiła się bezkarnie wyżej i wyżej….
Paweł wrzeszczał głośniej i głośniej….
- Dagmara nie bój się piłki, ona nie gryzie! –
Nie , nie ugryzła… Odbiła się mocno na mojej zapadniętej klatce,
powracając bezpośrednio pod nogi mojego rozwrzeszczanego kuzyna.
- No, Daga będzie dobrze … chłopaki nie płaczą!-
Krzyknął zobaczywszy łzy spływające po mojej twarzy.
- Nie jestem chłopakiem!-
Wydarłam się rozczarowana, że nie zdążył tego jeszcze zauważyć.
Tak wyglądał mój pierwszy w życiu mecz, później były kolejne.
Powiem wam, że byłam co raz lepsza….
Ten przypadek losowy sprawił, że polubiłam grę w piłkę.
Paweł do dnia dzisiejszego nie wie, że tamtego dnia debiutowałam…
Z dumą opowiadał o moim bramkarskim wyczynie wszystkim swoim kolegom.

Moja kariera nabierała rozpędu, a każda kolejna sobota wnosiła w moje życie nieprzewidziane zmiany……

 

ROZDZIAŁ III WIĘZY KRWI

Dodano 17 października 2013, w Bez kategorii, przez Asia

ROZDZIAŁ III
WIĘZY KRWI

Z grubej Dagmary, z chwilą przekroczenia progów przedszkolnych,
przeistoczyłam się w chudą Dagę.
Lista znienawidzonych dań
niebezpiecznie ograniczała kulinarne możliwości mojej matki.
Mój stan nic -niejedzenia wykańczał wszystkich domowników.
Należy tutaj dodać, że jedzenie było dla wszystkich przyjemnością.
Dla wszystkich – z wyjątkiem mnie! Budziłam, więc swoją postawą ciągłe zdziwienie
w oczach otaczających mnie głodomorów. Mój sprzeciw rodził się o poranku, kiedy to
na kuchennym blacie oczekiwały na nas dwa kolorowe kubki,
wypełnione po ostatnią kreskę- mlekiem.
Mleko stało tam od dłuższego już czasu, z racji naszych powolnych ruchów.
Pomarszczony mleczny kożuch, zamykał dostęp do białej śmierdzącej cieczy!
Nie znosiłam płynu i roztaczającego się wokół niego fetoru.
Najgorsza w tym wszystkim, była postawy mojej Marty, która ciągle uważała, iż bez mleka człowiek nie jest w stanie przeżyć choćby jednego dnia.
Z tych właśnie, a nie innych powodów, wczesnym rankiem stawali nade mną:
Marta wraz z Leonem i czekali: Wypije, czy nie wypije? Wypije, pójdzie.
Nie wypije, musi wypić! To było gorsze niż średniowieczne tortury!
Mleczna afera stawała się co raz bardziej śmierdząca, a ja nie przestawałam szukać praktycznego rozwiązania tego rodzinnego w końcu dramatu!
Na krótko, zmieniłam się nawet w czaplę. Przelewałam truciznę do gardła,
ale nie dopuszczałam do jej dalszego przepływu………
Mleko nigdy nie trafiało do mojego żołądka.
Prosto z gardła, spływało do zlewu, skąd uchodziło do morza!
Po, jakimś czasie zmęczyło mnie to ciągłe przenoszenie mleka…
Plan tracił na moim podziwie, a ja nie miałam już ochoty na te ciągłe oszustwa….
Siedziałam tak naprzeciwko Jacka i zastanawiałam się,
jak obejść owe picie mleka, aby nie doprowadzić do Martusiowego rozczarowania….
Mój brat trzymał właśnie ogromny kubek, wypełniony znienawidzoną substancją,
a zza naczynia wystawały tylko jego pokaźne uszy.
Jacuś to typ z gatunku wszystkożerny. Je z pasją…..
Patrzyłam na niego z rosnącym rozczarowaniem…
Kurcze my wcale nie byliśmy do siebie podobni?????????????
Jego ruchy, mimika, miłość do jedzenia…
- Mamo , z którego sierocińca go przygarnęłaś??? –
Zapytałam, nie spuszczając go z oka.
- Buuu, sama jesteś przygarnięta!-
- Dagmara, ty wariatko, ja się z tobą wykończę.
Od samego rana robisz mu tyle przykrości. No, jak możesz, jak możesz??-
Marta tuląc Jacusia, spoglądała na mnie oczami pełnymi wyrzutu.
Cały czas nie byłam pewna, co do jego pochodzenia…
- Jesteś klonem, ojca- próbowała mnie jeszcze uświadamiać matka.
- On lubi mleko, a ja nie- nadal wynajdywałam różnice…
- Co nie zmienia faktu, iż z całą pewnością jest twoim ojcem
i oboje należycie do szarej, oślej strefy uparciuchów!
- Oślica!- Odgryzł się Jacuś, za poranne przykrości!
No niech mu będzie, może i jestem oślica…..
Byleby tylko przestał przypominać wyjącej syreny.
Poranek, to nie najlepszy czas na rozmowy.
Patrzyłam na twarz Marty pokrytą płachtą zielonej maseczki.
- Nie wyglądasz zbyt dobrze w tym kolorze! – Zażartowałam.
- Dagmara, jak dobrze, że mi o tym przypomniałaś, jeszcze trochę,
a pognałabym do pracy w maseczce na twarzy!!- Tarmosząc moje świeże uczesanie, wybiegła do łazienki, aby tam rozprawić się z glonami.
Wreszcie zostaliśmy sami…..
Ja i mój, czy też nie mój Jacuś….
No i jeszcze ta biała śmierć z ogromnym tłustym kożuchem….
- Widzę, że ten dżemik śliwkowy, gryzie cię w ząbki?- Zapytałam brata, który z niechęcią gryzł, właściwie to żuł, przygotowaną na śniadanie bułkę.
- No, nie jest najlepszy, ale się zje!
- Po co się przemęczać?
- Chyba nie masz ochoty na dodatkową porcję??????
- Jestem wyjątkowo głodna!
Jacek obawiając się mojego odwrotu, przesuwa talerz z twardą bułką bezpośrednio
pod mój nos. Oczywiście łapię się za dodatkową porcją, przelewając jednocześnie do jego kubka swoje mleko.
- Możemy tak codziennie? – Pytam cichutko.
Przytakuje skinieniem głowy.
Kurcze –jednak coś nas łączy, wrodzona INTELIGENCJA.

Otagowane:  

ROZDZIAŁ II ŻYCIE W STADZIE

Dodano 16 października 2013, w Bez kategorii, przez Asia

ROZDZIAŁ II

ŻYCIE W STADZIE


Początkowo było nawet miło.
Ciepło Marty pozwalało mi szybko zapomnieć o pozostawionym właśnie „Eldorado”.
Moje małe niebieskie oczy rejestrowały zamglone obrazy.
Sądzę, że ten brak wyrazistości stworzony był dla mojego dobra,
abym nie przeraziła się szarością otaczającego mnie świata.
Wraz z moim rajem, bezpowrotnie odeszło w niepamięć:
Lenistwo, wygoda i spływające do ust jedzenie.
Barbarzyńska ręka przecięła sondę
Jak mogli, no, jak mogli zabrać takie dobrodziejstwa!!
Skończyła się laba, a zaczęła ciężka praca.
Życie stało się dla mnie zbyt wymagające….
Poprzeczka poszła w górę, a ja nie byłam w stanie jej przeskoczyć.
Traktowano mnie, jak olimpijczyka, to pokazałam im gest Kozakiewicza!

- Aaaaaaaaaaaa! – Mój brzuch pozostawał nadal pusty, a wszyscy wokoło zdawali się o tym zapomnieć. Świat zwariował!
Świat, jak świat, ale Marta mogłaby wykazać się chodź odrobiną zrozumienia.
Ostatecznie to ona też jest kobietą. Jeszcze chwila, a zacznę w to wątpić….
Wcale mi się nie podoba ten jej beret z antenką…
I nie mam zamiaru z nim się zaprzyjaźnić…
Czas upływał, a ja niezmiennie tkwiłam w poprzednim stadium.
Pomyślałam, że ostatecznie mogę się wysilić i chwilę possać …
Później, cóż – znowu wrócę do lenistwa…
Wywiesiłam, więc białą pieluchę na znak kapitulacji
i próbuję się przypiąć do tej maminej dojarki.
Nic… Uwierzycie?
Przechytrzyła mnie!
- AAAAAAAAAAAAAAA !
Dojarka również wywiesiła białą flagę. Może nie zupełnie białą, taką mleczną, na której wypisana była informacja o treści następującej:
„ Przepraszamy
Z przyczyn trudnych do przewidzenia
Zmuszeni jesteśmy zamknąć produkcję mleka”
Dojarka stała się bezpowrotnie niedostępna.
- Uaaaaaaaaaaa! – A ja nadal głodna.
Mój wrzask nie działał nawet na pomysłowego Leona, który to od dnia moich narodzin zasypiał ze stoperami w uszach.
Nie to, co moja Marta oddająca się w pełni chwili:
- Leon wstań wreszcie i przynieś mi, jej butelkę z lodówki!-
Próbowała obudzić ojca i jego stopery. Nie uwierzycie, ale mój ojciec, wprawdzie zaspany, ale pojawił się grzecznie na jej wezwanie. Wraz z jego przebudzeniem, cicha dotąd noc poczęła wypełniać się licznymi odgłosami, dobiegające z drugiej części domu….
Najpierw te szurające kapcie, uderzenie w krzesło, głośny jęk, przestawiony stół, trzask lodówki, brzęk naczyń, ponowne szuranie..
Czułam podskórnie nadciągające zmiany.
Nie tak prędko Dagmara, nie tak prędko…
- Leon co ty mi przyniosłeś? Obudź się człowieku. Prosiłam o mleko! –
Przy Leonie marzenia na długo pozostają marzeniami,
A mój głód nie ma zamiaru ustąpić!
- Aaaaaaaaaaaaaaaaaaa!-
Mam serdecznie dość tego oczekiwania!
Leon nie słyszy, Marta za moment będzie głucha, jak pień, a ja umrę z głodu.
Ratunku!
-Przyniosłeś mi swój energetyk!- Moja matka prycha niczym stara kotka, na przerażonego Leona. Takiej wściekłej to jej jeszcze nie widział. Roztrzęsiony, ewakuuje się w kierunku przedpokoju. On znika, pozostawiając mnie z burczącym brzuchem.
Wiecie co?
Wreszcie się najadłam. To był ten moment, w którym mój brzuch był wreszcie pełen.
Jadłam, papałam, szamałam i wsuwałam –
robiłam to we wszystkich możliwych odmianach!
Kochałam wszystko, co zawierała butla…
Mój dzień zaczynał się od posiłku i na nim się kończył.
Powoli nadrabiałam utracone kilogramy.
Moim lustrzanym odbiciem stało się maleństwo z budyniowego opakowania.
Stałam się tłustym okazem zdrowia, a świat, cóż ten kochał mnie bezgranicznie.
Rodzina Marty i Leona prześcigała się w rozpieszczaniu najmłodszej Wieczko.
Miałam miłość, pełen brzuch, ciepło – nie marzyłam o zmianach.
Było cudownie!
Wszystko, co dobre, szybko się kończy…… Moja bajka trwała równie krótko.
Może jestem mało spostrzegawcza, ale naprawdę nie zauważałam nic, kompletnie nic…
Zmiany nadciągały bezsprzecznie, a z nimi miał odejść
mój dobry nastrój i dotychczasowe szczęście!
Do zakończenia tej błogiej sielanki, oczywiście przyczynili się ….rodzice.
Specjaliści od zmian!
Nic tak idealnie im nie wychodzi, jak rujnowanie mojego życia!
Wręcz niewyobrażalne, że robili to wszystko dla mojego dobra.
Moi dorośli rodzice nadal kochali się szaleńczo i właśnie z tego głównie powodu,
wpadli na jeden z tych genialnych pomysłów……..
Miłość, miłością, ale potomek musi być.
Nie wystarczałam już im….
Dzieci według mojej Marty, są śladami miłości rodziców i właśnie teraz
postanowiła sobie trochę pogrzebać w tej przyszłości,
niszcząc przy okazji moją teraźniejszość!
Po fakcie, ale jednak, postanowiła troszeczkę przygotować mnie na te zmiany…..
- Dagmara, będzie ci za jakiś czas weselej. Nie będziesz już sama-
Szczebiotała rozradowana nad moją łysą głową.
A może ja kocham swoją samotnię i wcale nie tęsknię za „rozweselaczem”!
Dlaczego, nikt mi się nie zapytał o zgodę ???
Wpierw, zabierają mnie z mojego Eldorado…. Nie dając nic, prócz zimna i głodu
i gdy już jest prawie dobrze, wtedy – buuuum!
Wszystko od początku…
Przetrwałam … myślałam, właściwie to byłam wręcz pewna,
że te najgorsze chwile mam już za sobą.
No i masz babo placek!
To wszystko wyglądało na przemyślaną zemstę:
- za mój totalny brak apetytu;
- później za jego nadmiar;
- za ich nieprzespane noce;
- za krótkie poranki;
- za moją brzydotę;
-za zasikane tetrowe pieluchy;
Leon i Marta- Mściciele, uderzyli w mój najczulszy punkt…. Postanowili mnie ignorować.
Wiadomo, nie od dzisiaj, że kobiety, nie ważne:
Czy te małe, czy też całkiem duże,
muszą skupiać na sobie uwagę, bo inaczej obumierają, więdną i …. schną!
Powoli schodziłam na dalszy plan, w moje miejsce pakował się
ten ktoś, ukryty pod skórą mamy.
Kto w ogóle wymyślił rodzeństwo?
Już lepiej psa by sobie kupili. No tak, ale wtedy pojawi się problem z obrożą,
tymczasem spokojnie mogą go obejść.
R O D Z E Ń S T W O!
Powinno się je w szafie zamykać i trzymać tam, aż do czasu, kiedy to całkiem dorosną.
Bo dzieci, one mogą być bardzo niebezpieczne!
Moja szczupła dotąd matka, poczęła torować sobie drogę przeogromnym brzuchem.
Wraz ze zmianami w jej budowie, zmieniał się mój pokój.
Było w nim, co raz mniej miejsca, i wszystko krzyczało w nim o bliskim nadejściu potwora!
Byłam zdruzgotana.
Marta nadal nabiera ciała. Było jej więcej i więcej, aż wkrótce ….zupełnie,
jak w tym wierszyku o balonie.
„ ..Baloniku nasz malutki, rośnij duży okrąglutki,
Balon rośnie, że aż strach, przebrał miarę,
….. No i bach! ……………………… „
Z hukiem wszedł w moje życie strasznie brzydki,
pomarszczony i na dodatek niezwykle czerwony noworodek,
którego w przypływie uczuć Marta nazywała: Małym Mężczyzną!
Patrzyłam na niego i ciągle niedowierzałam,
że dzieci w naszej rodzinie mogą być, aż tak szpetne!
W sumie to nawet zrobiło mi się żal mojej matki i ojca,
bo przecież nie spodziewali się tak niesprawiedliwego wyroku od losu….
Najpierw ja, wkraczająca w ten wymiar, zupełnie nie świadoma swojej fizjologii.
Teraz on, pomarszczony, nieprzypominający z żadnej strony braciszka,!
Tylko, dlaczego moi wrażliwi rodzice zapomnieli już zupełnie o mnie????
Wojna wisiała w powietrzu ……. Teraz sobie o mnie przypomną!!!!
Różowy nocnik nadal stał w okolicach mojego łóżeczka.
Nie miałam zamiaru o nim pamiętać, przynajmniej teraz!
LAŁAM WIĘC NICZYM OPĘTANA..
Jak wojna, to wojna…
Nie nadążali mnie przebierać, a ja już….

Chcieli o mnie zapomnieć, już ja im o sobie przypomnę!
Nadal zapominałam, a Leon ze spokojem sadzał moje cztery litery na różowe siedzisko.
Ostatecznie częstotliwość wysadzania, dała mi do myślenia…
Skoro tak często są przy mnie to chyba wreszcie zdali sobie sprawę:
KTO TU RZĄDZI???
Moi rodzice doznali olśnienia, a ja przestałam lać byle gdzie.
Ponownie stałam się ich księżniczką, a Jacek urósł i nawet już nie był taki pomarszczony.
Czerwony kolor jego twarzy odszedł w zapomnienie….
Marta nadal poświęcała mu mnóstwo czasu, ale nie miałam jej już tego za złe…
Asystowałam jej we wszystkich zabiegach upiększających
Stałam się jej oczyma i uszami – nawet mi to odpowiadało!
Te zabiegi pielęgnacyjne, to była perfekcyjna robota!
Marta zabawiała się w chirurga, nakładając na zapałkę waciki, którymi to
kręciła w jego maleńkich dziurkach.
Ranek był jedyną porą, kiedy to zostawaliśmy sami w swoim pokoju.
Za ścianą w kuchni, nucąc melodię zasłyszaną w radiu, mama szykuje nam mleko.
Pewnie się nawet nie domyśla, że jej duża córka, postanawia jej pomóc w
tych chirurgicznych czynnościach. Do kompletu brakowało mi tylko zapałek!
Kocim krokiem docieram do łazienki.
Mam już wszystko, więc mogę zaczynać.
Mój mały braciszek uśmiecha się do mnie słodko, ukazując przy tym swoje różowe dziąsła.
Wacik, zapałeczka i wędruję, świdruję:
-Aaaaaaaa!-
Jego wrzask świdruje mi w uszach, jeszcze ten brzęk szkła,
szurające kapcie i trzask otwieranych drzwi …
Stoi w nich moja Marta. Wściekła, niczym byk w hiszpańskiej korridzie,
a przecież ja, nie jestem torreadorem!!!!!!
- Dagmara, ty złośnico, jak możesz go tak męczyć???-
Mogłam się tego domyślać….
Stałam się ponownie niebezpiecznym egzemplarzem tego domu!
Moi rodzice przyglądali mi się ponownie z rosnącym zainteresowaniem.
Nie wiem, czy właśnie tego chciałam, ale czekałam z utęsknieniem na dzień,
kiedy wszystko powróci do normalności!
Czas mijał, a ja powoli przyzwyczajałam się do nowego nabytku.
Jacek pozostał w mojej przestrzeni, a ja nie próbowałam
już więcej pomagać mu przy utrzymaniu higieny!

W tym horrorze odrzucenia, doczekałam moich dwóch okrągłych lat.
Było właśnie majowe popołudnie i wszyscy szykowaliśmy się na spacer.
W wiosennych nastrojach szykowałyśmy się na leśny piknik.
Marta, właściwie już gotowa, brakowało tylko decyzji.. i wtedy stało się coś dziwnego
i w dodatku, całkiem nieoczekiwanego…
Mama zostawiwszy wózek, z którego wcześniej zabrała małego księcia, ruszyła do domu.
Zostałam sama, zupełnie sama. Patrzyłam jeszcze przez chwilę na zamykające się za nią drzwi klatki schodowej.
Nie wierzyłam własnym oczom?
Jak mogła mi to zrobić?
Zostawić mnie samą, bez pożegnania, tuż przed klatką schodową?
Zdążyłam już pogodzić się z losem i nawet zaakceptowałam brata,
a oni właśnie w takim momencie postanowili się mnie pozbyć!
Wędrując drogą w kierunku lasu, nie przestawałam płakać.
Usmarkana, rozżalona dotarłam w pobliże osiedla domków jednorodzinnych.
Zaczęły się właśnie wiosenne porządki i w ogrodach zbierały się całe rodziny,
Które, co jakiś czas spoglądały w moim kierunku…
I co się tak patrzy?
Bezdomnej nie widział!
Wtedy podeszła do mnie ona: Wróżko-Ogrodniczka.
Była tak pozytywna, że przestałam płakać, a zaczęłam się jej wnikliwie przyglądać.
Jej głowę zdobił słomkowy kapelusz.
Niegrzeczne końcówki srebrnych włosów, wysuwały się spod niego obserwując świat.
Wszystko wskazywało na to, że moja wybawicielka wzięła się za porządkowanie ogrodu,
a ja ją bezczelnie oderwałam od pracy. Nie zanosiło się na rozpacz z jej strony….
To musiała być postać, która dała właśnie nogę z ogrodowej bajki.
Nie traciła czasu… posadziwszy mnie na swoim kraciastym kocyku,
wśród przerośniętej, zielonej trawy, oczekującej na wiosenne koszenie-
podała mi pyszny kompot z rabarbaru i skroiła puszystego drożdżowca.
Takie pyszności działają na wszystkich… a na mnie to już zupełnie….
Przestałam płakać. Podziwiałam ten zielony raj.
Najedzona i wypoczęta, leżałam zasłuchana w ptasie trele.
Szybko spostrzegłam, że zamieszkuje tutaj sama, a miejsca dla jeszcze jednej istoty pozostawało, aż nadto. Dzieci to przecież błogosławieństwo,
a przygarnięcie takiej Dagmary Wieczko, równałoby się wielu urozmaiceniom.
Szybko poczęłam wyobrażać sobie naszą sielankę w zielonym otoczeniu,
kiedy ze świata marzeń wyrwał mnie znajomy głos….
- Dagmara córuniu, co ty tutaj robisz?-
Nie wierzyłam własnym oczom!
W moim kierunku podążała Marta.
Stała jeszcze jakiś czas przy furtce, nie mogąc uwierzyć, że mnie znalazła….
Po chwili siedzieliśmy już wszyscy na kraciastym koszyku,
a Marta, jak to Marta nieustannie całowała moją łysą głowę.
- Ty łysy głuptasie- powiedziała żartobliwie pstrykając w mój nos.
- Weszłam na górę przebrać pieluchę Jackowi, przecież ci mówiłam.-
Nie pytam, nie zaprzeczam ….
Cieszę się, że nie jestem przepędzoną przez złą macochę Małgosią,
ani tym bardziej jej bratem Jasiem.
No i najważniejsze, że nie wędrowałam zimą, niczym Dziewczynką z zapałkami.
Byłam dumna, że przynależę do rodziny Wieczko!
Jacuś wkrótce znalazł się przy mnie na kocyku w kratkę i wiecie co?
Zaczęliśmy się rozumieć.
Ostatecznie nie był taki zły…
W końcu to mój brat…

Otagowane:  

ŚWIAT DAGMARY WIECZKO

Dodano 15 października 2013, w Bez kategorii, przez Asia

ROZDZIAŁ I


ŻEGNAJ BŁOGIE LENISTWO

Nadzieja stanowiła niewielką wyspę zalewaną ze wszystkich stron oceanem Miłości.
Wtopione w głąb oceanu molo wydłużało ląd w nieskończoność.
Kroczyła po nim, a deski wybijały dobrze znane jej rytmy.
-Skrzrz
- Krrr
- Krrr
-Krrr
- Skrzrz
Zupełnie jakby naciskała raz na biały, a następnie na czarny klawisz w pianinie.
„Marsz Mendelsona”- pomyślała Królowa Jajeczko,
uśmiechając się do swojej niedalekiej przyszłości.
Jej kroki stawały się bardziej pewne. W głowie dudniła ciągle ta sama muzyka,
a deski …. Zapisywały nuty na pięciolinii.

Stawała się początkiem…..
Wysyłała do wysuniętych, długich nosów Plemieńców aromat,
baraszkujący w ich powonieniach.
Przez licznie zgromadzoną grupę, przeszedł dreszcz zniecierpliwienia.
Spoglądali w swoje twarze. Czekała ich ostra walka.
Znudzeni długim oczekiwaniem, zbici w spore grupy,
Drobnymi krokami zbliżali się kierunku linii brzegowej.

Podążała w ich kierunku………….
Biała szarfa przewiązana wokół słomianego kapelusza, łopotała wysoko nad jej głową.
Żółta suknia gryzła się z bladością jej ciała.
Stanęła teraz całkiem blisko. Miała ich na wyciągnięcie ręki.
- Mogę wam powiedzieć jedno … Spinać mi się panowie!
Owulacja, to owulacja, dzisiaj jest, a jutro już jej nie będzie.
Życie się zaczyna panowie, życie!-
Była taka rozpromieniona w tym oczekiwaniu na jedynego artystę!
-Moja galeria czeka!
Dodała, ukazując w szerokim uśmiechu, swoje perłowe uzębienie.
- Eh Królowo!!!!!!!!!! – Westchnienie zachwytu niosło się z falami,
przekazując go kolejnym wodnym grzywaczom.
Obróciła się jeszcze raz na pożegnanie. Chciała ich wszystkich zapamiętać…
Szczelnie zamknięte ciała w białych skafandrach, wyglądały wręcz na umęczone.
Kaptury zaciskały twarze w swoim uścisku, deformując przy tym ich delikatne rysy. Wystające z nich nosy, wyłapywały aromatyczne symptomy owulacji.
Stało przed nią około 14 554 tys. Plemników – dokładnie tak, jak przewidziała.

Wśród niewysokich, wręcz karłowatych, spostrzegła dwójkę,
zupełnie inną od całej, białej rzeszy.
Wybujałe, wręcz gigantyczne Plemniki, wyglądały tak,
jakby trafiły tu całkiem przypadkiem.
„Mutanty w krainie krasnali”- Pomyślała nie odrywając od nich wzroku.
Wyglądała na rozbawioną ich odmiennością….
Z niechęcią spoglądała na niewyrośnięte Plemniki.
Żaden z nich nie powinien do niej dotrzeć….
Przecież chodziło o przyszłość, a właściwie o życie, które miała stworzyć.
Pomóc losowi przecież może? … No przecież, że może! ……… Tak troszeczkę…
Spodziewała się oczywiście wyrzutów sumienia… i tego bólu głowy.
Cóż, coś za coś…..
Zaczepnie spojrzała w stronę giganta, wysyłając w jego stronę silny wabik zwycięstwa.
Odwzajemnił spojrzenie. Zmrużył oczy, aby lepiej się jej przyjrzeć.
Odetchnęła z ulgą, miała go dla siebie….
„Oszustka” – Z pogardą pomyślała o sobie…
Pierwsze odruchy wyrzutów sumienia, niebezpiecznie świdrowały w jej głowie.
Migrena, pojawiała się zupełnie nieproszona…
Im szybciej puści ich na pełen ocean, tym prędzej upora się z bólem…
Windsurfingowcy również wyglądali na zniecierpliwionych.
Nie przestawała obserwować pary mutantów.
Wyglądali na zaprzyjaźnionych.
- Rysiu stary, przed nami długa przeprawa! –
Edward przerwał w pół zdania, zaciągając się nieznajomym aromatem…………
-Na co czeka ta Królowa ?
Kolejna fala przechodzi nam koło nosa, a ona stoi tam gdzie stała.
Nie jestem pewien, ale wygląda na to, że wpatruje się w nas!
- Jakoś i ja nie zauważam ciekawszych obiektów na tej plaży!-
Edek był dumny ze swojej odmienności i nie miał zamiaru chować się z nią do szuflady!
Czuł, że jest we właściwym miejscu, o właściwej porze.
- Zauważyłeś, że konkurencja tutaj, to jakaś nijaka?-
Ryszard z pogardą patrzył na pozostałych.
- Jesteśmy skazani na zwycięstwo Rysiu!
-Zwycięstwo, zwycięstwem, ale miała tu być dobra zabawa.
Tymczasem stoję obok ciebie, przebieram w miejscu stopami
i zachwycam się prześlicznymi Syrenkami!
- Najważniejsze, że znalazłeś coś dla siebie…- Edward spojrzał na przyjaciela z uśmiechem zrozumienia. Dobrze wiedział, że ten imprezowicz wolałby
pozostać na brzegu z patrolującymi Syrenkami. Nie koncentrował się na zawodach.
Zresztą, wszystko wskazywało na to, że zupełnie nie zależało mu na zwycięstwie.
Edek świadomie tutaj przyszedł. Wiedział doskonale czego chce.
Bez żalu pozostawiał swoje dotychczasowe życie, aby wymalować przyszłość……………
-Syrenka, patrolowa piękność…. Hmmm …. – Rysiek, aż mlasnął z zachwytu.
- Ryszard wróć na plażę! –
- Jestem tu tylko ze względu na ciebie!- Rysiek nie był gotowy na zmiany. Zresztą nawet tego nie chciał. Był tutaj, by Edek nie czuł się osamotniony.
Jego wzrok w dalszym ciągu wędrował za plażowymi Syrenkami patrolującymi plażę.
Edward nosił w sobie piętno niespełnionego artysty. Rysiek … on ciągle dorastał…
Z rozmyślań wyrwał go piskliwy głos, stojącego nieopodal kurdupla.
- Te, mutant rozmarzyłeś się!- Był niski o nieciekawej, pomarszczonej fizjonomii,
w dodatku nie wyglądał zbyt wojowniczo..
- Te kurdupel nie podskakuj!- Rysiek jednym klepnięciem w plecy przewrócił krzykacza w plażowy piach, co wywołało salwę śmiechu, wśród pozostałych Plemników.
Właśnie w tej chwili, kiedy pozostali skupili się na błazeństwach kurdupla, dotarła do niego
fala aromatu… Odwróciła się w jego kierunku, spoglądając mu głęboko w oczy.
Zbliżała się chwila startu. Siedziała w tej swojej motorówce, nie przestając wysyłać do niego symptomów zwycięstwa. Odgłos silnika, uciszył rozbawione Plemniki.
- Niech woda wyłowi artystę!- Wykrzyknęła ruszając w stronę galerii.
Wraz z jej słowami niebo rozświetliło się milionem fajerwerk. To był sygnał startu.
Edward ścierpł, jego pewność odpłynęła wraz z Królową.
Patrzył przez chwilę na przepychające się do przodu Plemniki. Walczyły, przewracały się, potykały, nurkowały i ostatecznie lądowały w ramionach patrolujących Syrenek.
Ocean był bezlitosny…

Wreszcie długo oczekiwana fala, wyrzucająca na brzeg kolejnych straceńców.
Tańczył na niej wraz ze swoją deską. Nie był sam. Miał obok siebie swojego Rysia.
Z okrzykiem euforii przesuwali się dalej.
Ocean wyludniał się dynamicznie. Tego nawet nie był w stanie przewidzieć sam Edek.
Zostali sami… Przyjaciele…
Ze spokojem zbliżali się do linii mety…….
- Edek, na mnie pora. Żaden ze mnie artysta, oddaję ci pierwszeństwo.
Trzymaj się stary i nie zapomnij tam o mnie.
- Oddajesz wygraną walkowerem, wiesz o tym? –
-Zawsze byłem tylko wędkarzem. Moja sieć potrzebuje Syrenek.
Nie nadaję się na królewski dwór.
W połowie zdania odbił się o nadchodzącą falę.
Był już na plaży. Z pozostałymi wykrzykiwał jego imię
Edek pozostał sam na sam ze swoją przyszłością….
Jajeczko oczekiwała go w galerii…
- Stworzymy razem dzieło, które przejdzie do historii –
Tak oto Edek trafił do krainy kredek. Tam z królową tworzyli działali,
aż dzieło sztuki wyrysowali.

Taki to był mój początek……. Początek Dagmary Wieczko.
Jestem dziełem miłości. Powstałam z bajki o niej i tak mi się zdaje, że pierwszą rzeczą,
jaką wyrysował Edek, było moje serce. Sądzę tak, ponieważ mimo całego pakietu wad, jakim zostałam obdarowana, mam niezwykle wrażliwą naturę.
Edek i Jajeczko nie spotkaliby się nigdy, gdyby nie miłość moich rodziców.
Ta choroba połamała ich gorzej, niż jakaś tam zwykła grypa.
Zapadli na nią … a później to już się potoczyło….
Widzicie, więc sami, że Dagmary Wieczko nie znaleziono w kapuście.
Marta z Leonem nie wierzyła też w przelatujące bociany.
Jestem dziełem Plemnika Edzia, co się w ich miłości troszeczkę zasiedział….
Leon z Martą bez miłości żyć nie mogli!
Tych dwoje dało mi najpiękniejszy prezent:
Życie!

Jajo i Edward postanowili działać.
Nie marnując żadnej kolejnej sekundy, z całości,
przez dziewięć długich miesięcy tworzyli, tworzyli, tworzyli….
Żeńskie arcydzieło, pozbawione ramy zdobiło serce Marty.
Może nie samą pompkę, ale pod sercem to wylądowałam z całą pewnością!
To była ręczna robota. Niezwykle żmudna i bez niezbędnych kwalifikacji,
Edek nie zmalowałby nic, zupełnie nic!
Powstawałam powoli, bez pośpiechu. Z precyzją wykańczali każdy szczegół.
Edek i Królowa Jajeczko….
Serce swoim rytmem budziło krew do życia.
Żywiły się nią wszystkie moje komórki. Nie nadążałam za zmianami.
Stawałam się człowiekiem.
Żyłam, chodź jeszcze nie wiedziałam, czy jest to faktyczny powód do radości.
Słyszała taneczne rytmy wybijane przez:
- Tum, tum, tam, tam, ratatatata…
Przyprawione radością, wysuwało się z piersi.
Napędzało krew, wciskając ją w wąskie kanały żył.
Rosłam, a ono biło ciągle głośniej.
Krzyczało światu o moim nadejściu!
Leniuchowałam, bezczelnie spijając soki nygustwa.
Serce Marty stało się dla mnie najlepszym schronieniem.
Pod rękę z człowieczeństwem dryfowałam na fali.
Rzucana w najodleglejsze zakamarki galerii delektowałam się życiem.
Jeszcze te rytmy …. Wprowadzały mnie w dziwny trans..
Przymykałam powieki i… poddawałam się im
Tańczyłam …. Kosztowałam ….. Żyłam…..
Stanowiłam już całość. Powoli składałam się w postać człowieka.
Ogromna głowa, z parą dorodnych uszu
przypominała raczej postać nietoperza,
ale wszystko inne dokładnie wskazywało na ludzką postać!
Aksamitny głos Marty tulił mnie do snu, a świńskie kawały Leona, przypominały,
że życie tam na zewnątrz potrafi być brutalne!
Dowcipy o blondynkach stały się zmorą mojej przyszłości.
Nie chciałam być blondynką!
Przerażona nieodgadnioną przyszłością, błagałam Boga o:
Czarny, rudy, mysi, każdy odcień, byle nie blond!
Liczyłam na jego łaskę, a On objawił mi swoje poczucie humoru.
Urodziłam się zupełnie łysa!
Duża głowa Dagmary Wieczko, aż do trzeciego roku życia przypominała strusie jajo.
W moim „Eldorado” jednak, bez względu na to czy przypominałam nietoperza,
czy też urodą zbliżałam się do strusiego jaja- pozostawałam bezpieczna…..
Napawałam się chwilami lenistwa i marzyłam, aby pozostać w tym miejscu na zawsze!
Nie przewidziałam jednego:
Nieustannie rosnącego ciała. Stawałam się ogromna i zajmowałam, co raz więcej miejsca.
Przestrzeń wokół mnie kurczyła się bezlitośnie.
Na domiar złego działała tu na mnie grawitacja….Tąpnęło, zawiało, zawirowało….
Cały świat stanął na mojej głowie!
Przerażona, machając nogami, szukałam ratunku!
Ugrzęzłam na dobre!
Niezły kanał i na dodatek zapchałam odpływ!
Sytuacja przerosła mnie już dawno, ale nadal nie miałam ochoty na kapitulację.
Nadal bezwstydnie leniuchowałam, majtając nogami i rękoma,
ale po przeżytym wstrząsie, nic nie było już takie same.
Powrót do przeszłości okazał się niemożliwy….
To nie bajka, bo Dagmara Wieczko nie powstał tylko z jajka!
Ręce i nogi stały się długie, zbyt długie ….
Jeszcze te palce…..
Przesuwałam nimi po wodzie, patrząc jak brzydko się marszczą!
Żaden z nich nie był podobny do kolejnego.
Kciuk był niewielki, ale bardzo przydatny. Szczególnie teraz,
gdy czułam się tak oszukana i porzucona. Ssąc go zapominałam o rozczarowaniu i smutku.
Dawał mi poczucie odprężenia i chwilowego zapomnienia.
Wskazujący był długi i niezwykle elastyczny. To był palec – „Ostrzegalec”.
Kiwałam nim w kierunku rozbawionego Leona, który wysuwał się przed szereg z tymi swoimi obrzydliwymi kawałami o blondynkach. Środkowy stał się palcem „Sprzeciwu”. Serdeczny podawałam matce, w chwilach tęsknoty.
A najmniejszym drapałam się po uchu!
Leżałam, więc w tej ciepłej wodzie nie przestając bawić się własną dłonią.
Co raz częściej zastanawiałam się, dlaczego moja troskliwa i dotąd serdeczna Marta, zamieniała się w bezlitosną zołzę, zabierającą mi kawałek, po kawałku mojego świata?
Ciasnota panująca w jej brzuchu stawała się nie do zniesienia!
- Może przeszkadzają jej moje tańce i postanowiła z tym skończyć? –
Zastanawiałam się próbując skraść jej chodź kawałek wolnej przestrzeni.
- Halo!- Pukałam w dokładnie opinającą mnie skórę.
Wierzyłam, ciągle wierzyłam, że ktoś się nade mną zlituje!
Nie dość, iż robi się ze mnie najmłodszą akrobatkę, zmuszając mnie do stania na głowie,
to jeszcze bezczelnie okrawa się moją wolną przestrzeń!
-Ratunku!-
Nie przestawałam liczyć na to, że jej głośno bijące serce,
chodź raz okaże litość nad moim trudnym przypadkiem.
O tańcach, które tak przecież lubiłam, dawno już zapomniałam.
Pozostało mi ssanie kciuka i oczekiwanie …………….
No i jeszcze to BŁOGIE LENISTWO…
Z letargu wyrwała mnie głośna, rozmowa dochodząca z zewnętrznego świata.
Z kobietami już tak jest: Lubią dużo wiedzieć, analizować
i przerabiać informację na własne potrzeby.
Nie byłam inna, rodziła się we mnie kobieca natura.
Dosunęłam więc swoje duże ucho … i… poczęłam nasłuchiwać …
- Jak by mogła nie ruszałaby się wcale! – Narzekała moja Marta.
Wiedziałam, od początku podejrzewałam, że zazdroszczą mi tego lenistwa!
- Korzysta z ostatnich chwil. Zbliża się przecież czas porodu.
„P O – CO?”- Poczęłam zastanawiać się nad nieznanym zlepkiem sylab.
Co to wszystko ma znaczyć?
Dlaczego Marta rozmawia z właścicielem szeleszczącego głosu?
Dlaczego ufa Gnieciuchowi, który pragnie położyć kres mojej labie i bezczynności!
Sfrustrowana wysunęłam mojego środkowego palca, w okolice maminego pęka –
a niech wie, co ja sądzę o wszelkich zmianach!
Wiedzieli, ale nie przejmowali się wcale moim sprzeciwem!
Ta podsłuchana rozmowa, nieprzyjemny głos Gnieciucha i wizja nadchodzącego końca – wszystko to złożyło się na mój smutek.
Na dodatek poczęłam obsuwać się niżej.
Wraz z zalewającą mnie falą wody, ciągle spadałam niżej.
Było ciasno, duszno, ciemno i całkowicie nieprzyjemnie!
Czułam, że nie mogę zsunąć się niżej…
Co za kanał!
Utknęłam!
Wyciągną mnie bez mojej zgody!
NIE CHCĘ!
Moje Lenistwo zdawało się machać do mnie z odległego Eldorado.
Wszystko zmierzało w kierunku życia. Dokładniej, niż dotychczas rozróżniałam poszczególne głosy członków ekipy Gnieciucha:
- Pani nie oddycha!
- Proszę o wdech!
- Mam być na wdechu, czy na wydechu?- Z paniką w głosie,
pytała zupełnie skołowana Marta.
Atmosfera gęstniała i stawała się nie do wytrzymania!
Gnieciuch robił wszystko, co w jego mocy, aby zabrać moje błogie chwile!
Powinnam zerwać ten głupi strajk dużo wcześniej,
albo chociaż pertraktować z nimi godziwe warunki wyjścia!
Brakuje mi tlenu, jest mi ciasno i duszno!
Powoli leciałam głową w dół.
Stawało się jaśniej, chłodniej i … w końcu zupełnie zimno!
-AAAAAAAAAAAAAAAAA! –
Rozpaczliwym okrzykiem witałam ten prześwietlony świat!
- Czy ktoś zabrał ze sobą okulary słoneczne z filtrem UV?
Ten blask mnie oślepia!
Halo, czy mnie w ogóle ktoś słucha?
Wyproście paparazzi, chcę do siebie!- Wrzeszczałam do roześmianych, obcych twarzy.
Kurcze zorientowałam się właśnie, że traktują mnie tutaj niczym pospolitą wariatkę.
Mój wrzask zamieniają na swój uśmiech. Zupełnie, jak by mówili:
„PATRZ NA NIĄ I NIE PRZESTAWAJ SIĘ UŚMIECHAĆ,
A STANIE SIĘ MNIEJ GROŹNA!”
Szorstki dotyk rąk, chłód i biel, wszystko to krzyczało do mnie:
- DAGMARO WIECZKO DLA CIEBIE JUŻ NIE MA POWROTU!
WITAMY NOWYM ŚWIECIE!

Stłamszona, w nieznajomym uścisku dotarłam wreszcie do mamy.
Mama… ona pachnie zaufaniem.
Kwitnie miłością.
Dotyka aksamitną ręką.
Moja mama….
Uspokoiłam się. Przestałam wrzeszczeć.
Już nie chciałam wracać.
W dodatku, chyba chcę ………… siku!
Stało się …..
Ponownie się cieszą.
Niepojęty świat dorosłych…………. Zdaję się, że nigdy ich nie zrozumie.
I nadal nie chcę tutaj pozostać!
Nie podoba mi się ten prześwietlony, zimny świat!
Chcę z powrotem do mojego Eldorado!

Żegnaj Błogie Lenistwo!

Otagowane: